59. Już czas

- Już czas!
Słowa Lucjusza zdawały się jakby płonąć. Oznaczały one, że raz na zawsze już pozbędzie się tego problemu, jakim było to, że formalnie jeszcze nie należał do grupy najbliższych sług Czarnego Pana. jednak bał się. Odczuwał swego rodzaju lęk przed tym co nieznane, a w swojej obcości tak pociągające. Najchętniej odłożyłby jeszcze tę ceremonię w czasie o kilka tygodni, miesiąc… Ale wiedział, że nie może. Tym bardziej, że nic przecież nie zależało od niego.
- Za wcześnie – zdążył tylko zaprotestować, chociaż i tak miał pewnośc, ze w tej akurat spraiwe nic nie wskóra.
- To nie moja wola, dobrze o tym wiesz – odparł Malfoy, bawiąc się rękawem swojej szaty – Czarny Pan twierdzi, że właśnie teraz nadszedł ten odpowiedni moment.
Josh Suvire pokiwał głowa i odrzekł
- Czarny Pan jest naprawdę wielki.
Głupia, wyuczona formułka. Sam juz nie wiedział, czy wierzy w to co mówi, czy też nie. Właśnie teraz, kiedy ten moment był już tak blisko, zaczęły nachodzić go różne wątpliwości.
- Czyżbyś nie był tego pewien, Joshu? – spytał Lucjusz. On – jak nikt – potrafił wyczuć jego największe obawy.
- Och, nie, nie – zaprzeczył, chociaż w rzeczywistości myślał zupełnie inaczej – Świadomie schodzę na tę drogę.
Kolejny werset, który – powtarzany aż do znudzenia – stracił już swoją wartość.
- Tak – mruknął Malfoy, odsuwając nieco rękaw szaty swojego przyjaciela – Już wkrótce tu cię naznaczy – dotknął miejsca, na którym niebawem miał się znaleźć symbol Mrocznego Znaku – I staniesz się oficjalnie jednym z nas.
- Czekam na tę chwilę z utęsknieniem już od ośmiu lat. Dostane mroczny Znak i w końcu my – ty i ja -, Dyrektor i jego zastępca, zawładniemy tą szkołą. Będziemy nauczać czarnej magii, by powiększyć oddziały czarnego Pana, a naiwni rodzice będą z dumą posyłać tu swoje bachory… – snuł plany.
- O tak – westchnął Lucjusz – Marzenia jednak na bok. On potrzebuje ofiary krwi, aby się odrodzić.
Mężczyzna wzdrygnął się, ale był na to gotowy. Niemal natychmiast odparł
- Ależ to żaden problem, poświęcę się.
Malfoy wydał z siebie odgłos pomiędzy śmiechem, a ironicznym westchnieniem.
- Nie ty – oznajmił, chociaż dobrze wiedział, że Suvire był tego świadomy, a tylko chciał pokazać, że dla służby u Czarnego pana jest w stanie zrobić wszystko. – On chce kogoś innego.
- Kogo – spytał nieco przerażony mistrz eliksirów, używając do tego swojego zwykłego twierdzącego tonu.
Mężczyzna o platynowych włosach zacisnął usta w wąską kreseczkę i odparł ledwo słyszalnym konspiracyjnym szeptem
- Harry’ego Pottera.
Na to Suvire nie był gotowy. Lekko cofnął się – okazując tym samym swoje zaskoczenie - i spytał
- Jak to. jak go sprowadzić do Hogwartu.
Doświadczony Śmierciożerca roześmiał się szyderczo. Widocznie istniały jeszcze takie rzeczy, o których wiedziała tylko ta nieliczna grupa znajdujących się najbliżej Czarnego Pana.
- Specjalnie czekaliśmy tyle lat – wyznał – Akurat dobrze się złożył, że dostałem posadę, przy okazji mogę pilnowac, czy Scorpius nie robi jakiś głupot… W tym roku wypada dwudziesta rocznica Drugiej Wielkiej Bitwy o Hogwart. Z pewnością będzie to duże widowisko. Zbierzemy tu wszystkich naiwniaków. Niech patrzą jak ten, za którego tylu oddało życie, umiera, a Czarny Pan rośnie w siłę.
- Niechaj tak będzie – mruknął Suvire – gdyż słuszna jest jego potęga…

***

Na dwudziestą rocznicę Drugiej Wielkiej Bitwy o Hogwart  świeciło słońce. Pierwszy raz odkąd obchodzono tę rocznicę. Dotychczas zawsze tego dnia padał deszcz i wiał przenikliwie zimny wiatr.
- Pierwszy raz nie pada – odezwała się Paulina, żona George’a Weasley’a, przysuwając się nieco do swojego męża.
- Zdążyłem zauważyć – uśmiechnął się do niej.
Tyle już lat minęło od śmierci Freda, że powinien w końcu przestać rozpaczać, poczuć, że żyje. Wiedział, że powinien, nawet to sobie obiecał. Ale łatwo powiedzieć, a o wiele trudniej wprowadzić to w życie. Przez te kilka miesięcy nieznacznie poprawił się jego stosunek do świata, ale żadnych rewelacji nie było.
Na błoniach stały długie rzędy krzeseł, na których miejsca zajmowali uczniowie, nauczyciele, ważne osobistości (na przykład minister magii) oraz rodziny ofiar poległych w Bitwie. Oczywiście, niemalże wszyscy Weasley’owie przybyli na miejsce i usiedli w jednym miejscu. Robili razem to, co zawsze o tej porze, wspominali. Freda, Tonks, Lupina i wielu innych bohaterów. George ostatkiem sił już powstrzymywał łzy, które same cisnęły mu się na powieki; żadna nowość.
- Wujku, a Fred też się tak często zamyślał jak ty?
To pytanie, wypowiedziane przez prawie dziesięcioletniego chłopczyka imieniem Hugon, podziałało na niego jak kubeł zimnej wody; przywróciło go do rzeczywistości. W jakiejś, jeszcze nie w pełni świadomej, części swojej duszy czuł, że powinien być mu wdzięczny.
- No, tak, czy nie? – chłopczyk dopytywał nadal. Czyli nie odpuści, póki nie pozna prawdy. Dla świętego spokoju już postanowił, ze szybko odpowie na to pytanie.
- Nie – westchnął ciężko, ignorując zdziwione spojrzenia pozostałych członków rodziny – On nigdy nie myslał nad czymś dłużej niż dwie sekundy. Często też mówił, aby sobie wszystko uporządkować w głowie – przyznał.
Teraz już nie tylko mały Hugon nie mógł powstrzymać swojej wrodzonej ciekawości.
- James też tak czasami robi – powiedział młody Albus Potter, a po chwili jęknął z bólu. Pewnie brat ukarał go za to, że powiedział – jego zdaniem – za dużo. Cóż, starsze rodzeństwo często tak reaguje na nieodpowiednie zachowanie młodszego. Od małego je uczono, że powinno dawać dobry przykład, uczyć właściwego postepowania brata czy siostrę. A skoro szturchaniem, szczypaniem, czy innymi „przejawami przemocy”, jak zwykli mówić dorośli, można więcej zdziałać, niż samym słowem, to dlaczegoż by ich nie stosować?
- Dokładnie – pokiwał głową George – James bardzo mi go przypomina.
Rudy uśmiechnął się niby – skromnie. Przecież wiele osób już mu mówiło, że wyglądem, a także zachowaniem przypomina bliźniaków Weasley. Na niego działało to niczym komplement.
- Tak – przyznała Ginny, jego matka – Nasz James równie często dostaje Wyjce.
Molly Weasley, pulchna kobieta z burzą rudych włosów na głowie, roześmiała się ciepło.
- No widzisz, Ginny? Mówiłam ci, że to wciągające.
Po chwili wszystkie kobiety należące do rodziny roześmiały się.
- Ale to wcale nie jest cały czas – wtrącił drugoklasista, nieco urażonym tonem – W tamtym roku były cztery, ale w tym zaledwie dwa.
Kobieta wzruszyła ramionami i rzuciła synowi spojrzenie mówiące zamknij-się-dziecko-albo-nici-z-kieszonkowego-przez-następne-pół-roku.
- I tak musiałam przygotować cztery – powiedziała na głos – Nasz mały Albusik wcale nie jest taki grzeczny, też sobie dobrze zasłużył.
- To niemożliwe! – wykrzyknęła babcia Molly, a Albus poczuł, że rumieni się aż po cebulki swoich rozczochranych, czarnych włosów.
- To wszystko przez ten durny wypadek – westchnął James. Był pewien, że to oczywiste, ale na wszelki wypadek wolał się upewnić, czy dorośli na pewno wpadną na ten pomysł.
Nie wpadliby. Wszyscy, jak tam siedzieli, zmierzyli trzynastolatka zaciekawionym spojrzeniem.
- A co wspólnego ma zachowanie Albusa z twoim wypadkiem? – chciała wiedzieć Ginny. Oczywiście, wcale się nie uśmiechała, ani nic z tych rzeczy, Jeśli chodziło o wybryki jej synów, to ta kobieta w ogóle nie znała się na żartach.
Rudy wzruszył ramionami i wyjaśnił wszystko swojej mamie, mówiąc powoli i wyraźnie, tonem cierpliwej przedszkolanki.
- No, gdyby nie mój wypadek, to  mógłbym robić o wiele więcej fajnych rzeczy i dostać więcej Wyjców. Oczywiście, Al też, jeśliby chciał. Przepraszam cię, mamusiu, ale to nie jest do końca moja wina. Postaram się w przyszłym roku nadrobić wszystkie zaległości z nadwiązką – obiecał – Przecież wiem, że ty się strasznie nudzisz bez nas w domu, to przynajmniej porobisz sobie Wyjce.
Wszyscy – łącznie z matką niepokornego chłopca – wybuchnęli głośnym śmiechem. Powaga, a zarazem żartobliwość tego  trzynastolatka były takie zabawne. Nawet nie tyle zabawne, co po prostu szczere i beztroskie – pomyślał George, któremu właśnie takiej postawy brakowało w życiu. Odruchowo wziął swoją małżonkę za rękę. Blondynka nieco się zdziwiła, ale szybko odwzajemniła uścisk. Było to tak piękne, że oboje nagle zapragnęli, alby ta chwila nigdy, przenigdy nie ustała. Dla George’a był to symboliczny koniec pewnego rozdziału w jego życiu – nawet nie wiedział, jak bardzo był blisko – dzisiaj wreszcie się przełamał i zaczął żyć tak, jak Fred by chciał, żeby żył. Szczęśliwie i bez niepotrzebnych zmartwień.

- Szanowni zebrani tu czarodzieje – dyrektor szkoły rozpoczął już swoją mowę, ale połowa nawet nie zwróciła na to najmniejszej uwagi – Witam serdecznie uczniów Hogwartu, ich rodziców, rodzeństwo, pracowników szkoły i przedstawicieli z Ministerstwa Magii. Zebraliśmy się tutaj, aby uczcić kolejną, dwudziestą już, rocznicę Drugiej Wielkiej Bitwy o Hogwart. Z pewnością wiele z was dobrze ją pamięta… – spojrzał wymownie, ale jakby z duma i wdzięcznością, na Harry’ego, Ginny, Rona i Hermionę – … oraz brało w niej czynny udział. Aby uczcić pamięć tych, którzy polegli, wystrzelmy teraz z różdżek czerwone iskry.
Wszscy, którzy posiadali swoje różdżki, podnieśli je i wypowiedzieli stosowne zaklęcie. Mała Lily Luna Potter spuściła wzrok, bardzo żałując, że nie posiada jeszcze swojej różdżki i nie może czarować.

Dyrektor ględził coś o poświęceniu i tym podobnych już dobre pół godziny i nic nie wskazywało na to, że szybko skończy. Albus znudzony rozglądał się wokoło. Jack wpatrywał się tępo w swoje znoszone buty, Rose słuchała z przejęciem, jako jedna z nielicznych, może nawet jedyna z uczniów Hogwartu; trojaczki, córki George’a i Pauliny Weasleyów, Charlie, Billie i Alastora, rozmawiały o czymś z przejęciem dziko przy tym gestykulując; Lily – bezczelnie zdaniem Ala – gapiła się na jego najlepszego przyjaciela, nauczyciele udawali, że słuchają w rzeczywistości czytając książki, czy też – tak jak Suvire i Malfoy – omawiając coś ze sobą. Nic nadzwyczajnego. Kolejna nudna uroczystość i równie nieciekawe zachowanie przybyłych gości.
Nagle chłopiec o kruczoczarnych włosach dostrzegł coś co najmniej nieco dziwnego. Czyjąś głowę przedzierającą się przez gąszcz  czarodziejów. Przyjrzał się uważniej poruszającej się z dużą prędkością postaci. Miała jasne włosy. Platynowe? Chyba można je było do takich zaliczyć. Ale to nie był jack, on przecież siedział obok niego. Więc jeśli nie on, to…
- Co robi Scorpius? – spytał Albusa jego najlepszy przyjaciel, który dosłownie na moment przestał wpatrywać się w swoje buty.
- Chyba gdzieś idzie – odparł niezbyt inteligentnie chłopak.
- No, to akurat zdążyłem zauważyć – zirytował się Morris – Ale wiesz może po co?
- Nie – przyznał Potter – Idę za nim – zdecydował, podnosząc się z miejsca.

- … I wtedy wszyscy pogrążyli się w smutku i żałobie. Nasz Harry nie żyje!!! – opowiadał z przejęciem dyrektor Bulberdort.
Albus pociągnął dosyć mocno ojca za rękaw.
- Co się stało, Albusie? – spytał bliznowaty, nadal słuchając przemowy dyrektora placówki.
- Idę do toalety, zaraz wrócę – poinformował go syn.
- Musisz teraz? W najciekawszym momencie? – Harry poczuł się nieco urażony.
- I tak znam tę historię na pamięć – mruknął dwunastolatek – Idę.
Mężczyzna roześmiał się krótko. Jasne, że jego syn znał tę historię jeszcze lepiej niż ten cały Bul przez „U” otwarte. Przecież ojciec opowiedział mu ją, zanim ten jeszcze nauczył się mówić.
- Leć. Uważaj tylko na Sam-Wiesz-Kogo – zażartował.
Chłopiec uśmiechnął się szeroko i zapewnił, że na pewno będzie ostrożny, po czym dzikim pędem puścił się za Scorpiusem.

——————————————————————-

Początek jeszcze mi się podoba, pisałam go prawie przez tydzień, ale końcówka jest już do kitu ;/ No nic, napisałam wreszcie następny rozdział, wstawiam go i informuję z radością, że powili zbliżamy się już do finału ;P

58. „Tu leży czyjaś różdżka!”

- Co tak długo? – spytał zaciekawiony James podając bratu półmisek z ryżem.
- Pani McLewis chciała nam… coś wyjaśnić – powiedział czarnowłosy Gryfon, ciesząc się, że udało mu się zataić choć część prawdy.
- Co takiego? – chciał wiedzieć rudy – Bo nie wierzę, żeby miało to jakikolwiek związek z lekcją.
Albus miał nadzieję, że nie będzie musiał mu tego mówić, ale po prostu nie potrafił sprzeciwić się starszemu bratu.
- Masz rację – przytaknął – Chodziło o Kryształ – wyjawił.
„A co mi tam?” pomyślał. W końcu James i tak już wiedział o wszystkim.
- Niech zgadnę – zaczął z uśmiechem – Wszystkie moje obawy potwierdziły się.
O, jakże Al chciałby zaprzeczyć, że nie. Że wcale nie miał racji, że jego starszy brat chociaż raz się pomylił. Ale nie mógł skłamać. To było wbrew jego zasadom moralnym.
- W sumie to tak – powiedział powoli, nie chcąc jednak mu otwarcie przytaknąć – Doszliśmy też do wniosku…
- Ja doszłam – przerwała mu Rose, która od początku z uwagą przysłuchiwała się rozmowie braci.
- …że ten Kryształ to… – ciągnął dalej chłopak.
- …coś, co może mu bardzo pomóc – zakończył konspiracyjnym szeptem Jack.
- A więc musimy to zniszczyć – stwierdziła z uśmiechem Camille. Jakby to było naprawdę dziecinnie proste.
- Ale, że co?! – wykrzyknął Albus, wypuszczając z ręki widelec – W sensie, że my mamy to zrobić? – nie dowierzał.
- Tak, a niby kto inny? – odpowiedział pytaniem na pytanie, James.
- Może tato? – zaproponował dwunastolatek – W końcu Voldemort to jego sprawa…
James spojrzał na niego z mieszanką rozbawienia i zażenowania na twarzy.
- Oj, tak – westchnął z wyraźną ironią – Nie sądzisz, że już czas się nieco usamodzielnić, Albusie?
- No, ale… – młody Potter miał pustkę w głowie. Naprawdę, nie wiedział co ma bratu odpowiedzieć – Jesteśmy jeszcze dziećmi, a to jest szczególnie niebezpieczne – dokończył nieśmiało. Wiedział jaka będzie reakcja jego brata.
- Ha ha! – ten wysoki rudowłosy chłopiec zaśmiał się. Był to śmiech żywy szczery i dźwięczny tak, że osoba, która przypadkiem by go posłyszała, przechodząc spokojnie obok stołu, przy którym jadali Gryfoni, doszłaby zapewne do wniosku, iż śmieje się on z jakiegoś żartu, bądź po prostu z autentycznej radości płynącej wprost z młodego jeszcze, energicznego serca. Rzeczywistość była jednak o wiele bardziej brutalna. James wyśmiewał się ze słabości swojego młodszego brata, który najzwyczajniej w świecie bał się wypełnić tak trudną i straszliwą misję, jaką było zniszczenie Voldemorta. Tym bardziej, że nikt go przecież do tego nie powołał. Nie miał ku temu także wyraźnych powodów – Nie wygłupiaj się, Al – jęknął rudowłosy – Jesteśmy już dorośli. Zobacz, jeszcze tyle – wskazał palcami odległość około czterech centymetrów – I będę równy z tatą.
- Och, James – westchnęła Rose, która jednak z całego serca była za Albusem – Dorosłość to przecież nie tylko wzrost.
- Wiem, kochana – odparł chłopak – Oceny też mam nie najgorsze. I nawet potrafię planować swoją przyszłość – pochwalił się – Na przykład, w przyszłym roku zamierzam się uczyć mugoloznactwa, bo dziadek by mi tego nie wybaczył, opieki nad magicznymi stworzeniami ze względu na Hagrida… – zaczął wymieniać, ale dziewczyna przerwała mu.
- Mógłbyś się wreszcie zamknąć! Nie masz jeszcze siedemnastu lat.
- Właśnie. Nawet jeszcze nie zdawałeś SUMów – dorzucił Albus.
- I co? Ty też, Al? – westchnął James, ale postanowił nie poddawać się. Przecież wiedział, że i tak w końcu wszyscy przyznają mu rację – Wchodzicie w to? – spytał.
- Wchodzę – postanowił Matt, który razem z Dianą od dłuższej chwili już przysłuchiwał się rozmowie.
- Ja też – dorzucił Jack.
- I ja – zadeklarowała Camille.
- To ja również – zdecydował Albus Severus.
- No dobrze. To ja też – westchnęła Rose. Nie chciała się w to włączać, ale lęk przed zostaniem samotną był silniejszy.
- Diano? – James wymownie popatrzył na swoją dziewczynę.
- Dobrze już. Zgadzam się  potwierdziła blondynka.
- Wspaniale! – starszy syn Potterów aż podskoczył z radości – W końcu coś zacznie się w tej budzie dziać.
- A tamten rok to co? – zapytał nieco wzburzony Matt – Dwa podpalenia, jeden nocny alarm, zniszczenie kilku ważnych zabytków, zalanie łazienek, zmienienie koloru wszystkich szat Suvire’a na różowy… – wyliczał.
Camille i Rose zachichotały, ale Jack wcale nie wydawał się rozbawiony tą sytuacją.
- Czemu w tym roku tak nie robiłeś? – zdziwił się – Przez ciebie musiałem nudzić się prawie przez cały rok.
- To przez ten głupi wypadek – wytłumaczył rudy – Zobacz, nawet teraz nie mogę dobrze ruszać ręką.
- Ale może sami byśmy teraz coś zorganizowali? – zaproponował nieśmiało Albus, gotowy, by w każdej chwili całkowicie wyrzec się swego pomysłu.
- To jest myśl!!! – ucieszył się jego starszy brat – Rozkręcasz się, młody – uśmiechnął się do niego – Tylko co takiego mamy zrobić?
- Mam ochotę zemścić się na Malfoy’u – wyznała, rumieniąc się, Rose – Lucjuszowi oczywiście.
- Ok – zgodził się wspaniałomyślnie James – Ale musi być to coś wielkiego – zdecydował.
- Ok, to ja mam pomysł – powiedział Matt z tajemniczym uśmieszkiem na twarzy – Skoro mówimy o wielkich rzeczach, to czemu by tak nie dosłownie? Możemy na przykład wyczarować bagno przed wejściem do jego gabinetu… I zrobić jeszcze tak, żeby pływały w nim różne rzeczy, na przykład jego stringi…
- On chyba nie nosi stringów – wtrąciła Diana.
- A skąd wiesz? – zaśmiał się James – Wyczarujemy jakieś – orzekł.
- I podrzućmy mu jeszcze Pigułkę Pryszczulkę1 do żarcia! – dodał Albus.
- O to właśnie mi chodziło! – rudy był po prostu wniebowzięty – Zrobimy obie rzeczy.

- Ale, proszę pani, jest pani pewna, że ten talerz dotrze do pana Malfoy’a? – rudy chciał mieć sto procent pewności, że jego plan się powiedzie.
- Oczywiście, James – odpowiedziała kobieta – Osobiście tego dopilnuję – dodała.
- Mam nadzieję – westchnął Potter – Bo jeśli zrobi to któryś ze skrzatów, to… wie pani. Nie można na nich polegać.
- Wiem, zrobię to – zadeklarowała kucharka.
- Dziękuję – uśmiechnął się drugoklasista – Jest pani najlepszą kucharką w Hogwarcie! – wrzasnął na odchodne, doskonale wiedząc, że w tejże szkole są tylko dwie kucharki, z czego jedna ma już blisko sto pięćdziesiąt lat i nie potrafi już przygotowywać większości posiłków.

James puścił się pędem korytarzem do gabinetu profesora Malfoy’a.
- Je…jestem – wysapał witając swoich przyjaciół i starając się wyrównać przy tym oddech.
Po chwili odsunął się trochę i – przechylając lekko głowę na bok – przyjrzał się krytycznie swemu dziełu. Podłoga powoli zalewała się błotem. Sześcioro czarodziejów pracowało przy tym zawzięcie.
- James, nie wychodzi mi – poskarżył się Albus, jego młodszy brat.
Rudy popatrzył na niego uważnie i już po chwili zlokalizował przyczynę problemu.
- Źle machasz różdżką – powiedział całkowicie pewny swoich racji – Stuk, obrót i znowu stuk. O tak – zademonstrował i na posadzce pojawiła się wielka kałuża błota.
Brunet w skupieniu powtórzył po nim ten ruch i też mu się udało.
James uśmiechnął się do niego
- Wszyscy gotowi? – spytał.
Matt, Jack, Albus, Camille i Diana pokiwali głowami.
- To teraz czas na obiadek – zaśmiał się rudy.
Z szerokimi uśmiechami na twarzach przyjaciele udali się do Wielkiej Sali, gdzie szybko zajęli swoje miejsca i powiedzieli sobie w pełni podekscytowani
- Smacznego.

Lucjusz Malfoy, niczego nie podejrzewając, wziął do ust kawałek smakowitej pieczeni ze szpinakiem, w której odpowiednio wcześniej James Syriusz Potter rozpuścił Pigułkę Pryszczulkę.
Nagle kilku Gryfonów zaczęło się śmiać. Potem dołączyli do nich jeszcze Puchoni, a po chwili – Krukoni. Na samym końcu zaśmiali się nawet Ślizgoni i nauczyciele.
Cała twarz profesora uczącego obrony przed czarną magią pokryta była wielkimi, czerwonymi, ropiejącymi krostami. Nawet Scorpius Malfoy, jego wnuk, mimo, że starał się zachować powagę, uśmiechnął się lekko mimo woli. I to właśnie przepełniło czarę goryczy.
- Dość tego! – wrzasnął Lucjusz, tak że już nie radosne śmiechy, ale właśnie jego krzyk wypełniał całą Wielką Salę – Odejmuję Slytherinowi dziesięć punktów za tak chamskie podejście do nauczyciela!!! Oprócz tego masz szlaban! W moim gabinecie dziś o osiemnastej!!!
Chłopiec natychmiast spoważniał i smętnie pokiwał głową zwieszając ją przy tym. Dziadek z tego gestu też nie będzie zadowolony, przeszło mu przez myśl. Ale i tak już było za późno. Ale tak w ogóle, to co on takiego zrobił?  Przecież nawet się nie zaśmiał. Pozostali uczniowie oczywiście bardzo dobrze zdawali sobie z tego sprawę, ale nawet nie próbowali protestować. Bali się, gdyż było to z góry skazane na porażkę w postaci szlabanu i odjętych punktów. Zamiast tego szeptali oburzeni między sobą
- Co za tyran!
- Ewidentnie się nad nim znęca.
- Tak dłużej być nie może.
- Biedny Mafoy – chodziło oczywiście o Scorpiusa.
Rzeczywiście, biedny. Nawet jego największy wróg, Albus Severus Potter był niczym najlepszy przyjaciel w porównaniu z dziadkiem – tyranem. Gryfon przynajmniej w jakimś stopniu mu współczuł.
- Żal mi biednego Malfoy’a. nie lubię go, ale mi go żal – stwierdził brunet.
- No – przytaknął niski blondynek siedzący po jego lewej stronie  – Niby chciał mnie zabić, ale co mi tam? – spytał z nutą ironii w głosie.
- Jack, to nie jest śmieszne – zganiła go rówieśniczka. Dumna posiadaczka zdrowych, długich, płomiennie rudych włosów.
- Wiem – przyznał szybko chłopak – Przecież mój dziadek też jest idiotą.
- Nie mów tak – poprosiła dziewczyna.
- Ale to prawda, Rose – odrzekł Gryfon.
- Zamknijcie się!!! – rozkazał James – Mam już was dosyć – stwierdził.
- Ja też – przyznała Camille – Bez przerwy się kłócicie.
- Wróćmy może do tematu – zaproponowała nieśmiało Diana.
- Lepiej nie. Malfoy idzie do swojego gabinetu.
- Ups. mam nadzieję, że nie wyrzucą nas ze szkoły – westchnęła cicho brunetka.
- Nie – starał się ją pocieszyć rudy – Nawet nie mają dowodów, że to my. Prawda, Albusie? Albusie?
Chłopiec spojrzał na brata błagalnie. Jego duże zielone oczęta zaszły łzami.
- Ja… Ja chyba zgubiłem swoją różdżkę – wyjąkał cicho, obawiając się reakcji brata.
- Al, ty debilu! – wrzasnął na niego rudowłosy.
- James, może nikt nie rozpozna, że to jego? – próbował go nieco uspokoić Matt.
- Niemożliwe – odparł niemal natychmiastowo – Osiem cali, włókno ze smoczego serca, jarzębina… Niewiele takich jest.
- Jedyna w Anglii z tego, co mi wiadomo – posmutniał Al.
- Tak. Będę miał nowego Wyjca do kolekcji – James próbował znaleźć jakąś pozytywną stronę zaistniałej sytuacji.
- Chodźmy już. Przynajmniej zdążmy się jeszcze trochę pośmiać.
Gryfoni podążyli szybkim krokiem w stronę gabinetu Lucjusza Malfoy’a, nauczyciela obrony przed czarną magią. Wokół bagna zgromadziło się już paręnastu uczniów. Nadszedł i w końcu sam zainteresowany. Widząc bałagan, który stanowiło błoto i porozrzucane w nim typowo damskie części garderoby, bez zastanowienia krzyknął:
- MAAALFOOOY!!!
Scorpius zszedł chwiejnym krokiem, starając się zignorować Irytka, który bez ustanku wyśpiewywał ułożoną przez siebie na poczekaniu specjalnie na tę okazję pieśń.

- To naprawdę nie ja – stwierdził mlody Malfoy.
Brwi Lucjusza niebezpiecznie ściągnęły się, a oczy zwęziły do rozmiarów maleńkich szpareczek.
- Masz jakieś dowody? – spytał zdenerwowany.
- N…nie, ale – wyjąkał.
- Ja mam! – wyrwała się Scarlett, wysoka, brązowowłosa Ślizgonka – Tu leży czyjaś różdżka! – mówiąc to wskazała palcem patyczek tkwiący w szczelinie pomiędzy ścianą a podłogą.
Mężczyzna podniósł ją i obejrzał dokładnie.
- To nie jest różdżka Scorpiusa, istotnie – rzekł – Jego ma przecież jedenaście cali, jest wykonana z wiązu i ma rdzeń z włosa jednorożca. Ta to jarzębina. jest też o wiele za krótka.
Albusowi aż zatrzęsły się kolana. Za chwilę padnie pytanie, do kogo należy ta różdżka, ale on za nic w świecie się nie przyzna. Malfoy i tak od razu rozpozna, że to jego. Przecież nie raz już miał przyjemność trzymać ją w ręce. Teraz już rozpoczął mała wykreślankę, mającą na celu rychłe znalezienie właściciela owego „magicznego patyczka”.
- James Potter – nie; Weasley – też nie; Morris – nie; Loudly – nie – wymieniał cicho swoich najbardziej znienawidzonych uczniów – Drugi Potter… To twoja różdżka, prawdą? – spytał.
Brunet nieznacznie pokiwał głową. Co za żenujący moment.
- Sam tego nie zrobiłeś, co?
- Ale o co panu chodzi?
- Nie udawaj!!! Sam nie wyczarowałeś tego bagna!
Potter nie chciał obarczać winą swoich przyjaciół. nawet jeśli to naprawdę byli oni. Dzielnie znosił srogi wzrok profesora. Niestety, nagle Irytek, któremu zebrało się tego dnia na poezję, zawył wyznając imiona sprawców całego zamieszania

- Dziękuję, Irytku – odrzekł Malfoy – Dzisiaj bardzo mi pomogłeś. Sprawców tego bałaganu poproszę za mną.
Albus, James, Jack, Matt, Diana, Camille i Rose z minami jak na ścięcie weszli do gabinetu. Lucjusz Malfoy, którego twarz nadal pokrywały czerwone pryszcze, zamknął drzwi i stanął na przeciw braci Potter.
- Zdajecie sobie sprawę, że to, co zrobiliście było poważną zniewagą i pogwałceniem regulaminu szkoły?!
Wszyscy, oprócz najwyższego z chłopców, pokiwali ze skuchą głowami.
- Za taki występek powinniśmy was wydalić ze szkoły.
- Nie – wyrwało się temu, który nie kiwnął głową.
- Co, proszę? – profesor był już chyba na granicy wściekłości.
- Nie powinniście – powtórzył James Potter – Fred i George Weasley’owie robili nieraz gorsze rzeczy i ich nie wyrzucono. Sami odeszli.
- Fred i George Weasley’owie uczyli się za czasów Albusa Dumbledore’a (jeśli można to było w ogóle nazwać nauką), a profesor Umbridge nie zdążyła zainterweniować -wycedził.
- Nie zrobiliśmy nic poważnego – stwierdził uparcie James – Jestem pewien, że profesor Bulberdort poprze moje stanowisko. Czy mógłby pan go przyprowadzić? – poprosił.
Malfoy zastanowił się nad tym przez chwilę, ale potem doszedł do wniosku, że nie. Zresztą, i tak już mu się nie uda usunąć tych niepokornych uczniów z Hogwartu.
- nie widzę takiej potrzeby, panie Potter – odrzekł – Zamiast tego dostajecie szlaban oraz po minus dwadzieścia punktów.
- Wspaniale – mruknął Potter – Możemy już iść?
- Ta…

- James, jesteś wieki!
Albus od razu po wyjściu z gabinetu rzucił się bratu na szyję. Rudy jednak odsunał go i powiedział skromnie.
- Nic takiego, przecież i tak by nas nie wyrzucili ze szkoły.
- Ale Wyjce dostaniemy, prawda? – zaniepokoił się młody.
- A, prawda, prawda – uśmiechnął się trzynastolatek – Nie wiem jak wy, ale ja już nie mogę się doczekać.
———————————————————————————–
1 – za ten wspaniały wynalazek dziękuję z całego serca Kasi ;**
——————————————————————————–

Ok, a więc dzisiaj nie mam dla Was wielu informacji. Tracę już na to wszystko siły, chociaż zamierzam i tak dalej ciągnąć tego bloga, niezależnie od tego, jak słaby on jest. Boże, ja chcę już na Blogspota!!!

57 „Tam się pali?”

Albus podążał śpiesznie w kierunku chatki Hagrida. Mroźna niedziela w połowie lutego, za pięć trzecia po południu, a on miał do spełnienie ważną misję. Przystanął i zapukał do potężnych drzwi.
- Proszę! – usłyszał gruby głos.
- Cześć, Hagridzie – przywitał się.
- A, to ty, Al. Wchodź – poprosił, a młody Potter pomyślał sobie „teraz albo nigdy”.
- Dumbledore darzył cię zaufaniem, prawda? – spytał na początku.
- Tak, to był dobry kolo – westchnął brodacz.
- Czy Bulberdort też dopuszcza cię do spraw Hogwartu?
- Tak – powtórzył, ale już z mniejszym zapałem, dużo mniejszym zapałem – Wiem, co, gdzie, jak i kiedy.
- To dobrze – uśmiechnął się brunet – Bo właśnie jedna rzecz szalenie mnie zainteresowała i nie mam się z tym do kogo zwrócić.
- Wal śmiało – zachęcił Hagrid.
Właśnie na to czekał z miną niewiniątka spytał:
- Dlaczego pani Mclewis nie ma tyle czasu w szkole? Bardzo się o nią martwimy – dodał.
Hagrid wyglądał jakby chciał powierzyć chłopcu jakąś poufną tajemnicę, ale w porę ugryzł się w język. Zamiast tego rozkazał niezbyt sympatycznym tonem:
- Ubieraj się i idziemy. Inaczej stracimy całą lekcję.
Albus posłusznie założył swoją kurtkę. Wiedział, ze to dosyć drażliwa sprawa, ale myślał, że Hagrid na pewno zdradzi mu o co chodzi.
Nauczyciel wyszedł razem z uczniem na dwór. Mróz ani trochę nie zelżał od czasu, kiedy młody Potter wyszedł z zamku, więc chłopak czuł, że za chwilę zamarznie. Jak zwykle, skierowali się w stronę Zakazanego lasu.
- Co dzisiaj będziemy robić? – spytał pierwszoklasista, który miał już dosyć milczenia i chciał jakoś załagodzić sytuację.
- A, to niespodzianka – uśmiechnął się gajowy. Na szczęście, nie potrafił on zbyt długo się złościć.
Szli w milczeniu do czasu, aż nagle Albus zauważył jakąś chmarę dymu lub kurzu. Nie potrafił rozpoznać co to było.
- Tam się pali? – spytał nieco zaniepokojony.
- Cholibka – zaklął Hagrid – Jeszcze gorzej. To centaurzyce!
Mężczyzna złapał Albusa za rękę i pobiegł ile sił w nogach przed siebie.
- One do nas strzelają – stwierdził Potter widząc dziesiątki, a może i setki ostrych jak brzytwy strzał, lecących w ich stronę.
Gajowy – nie zastanawiając się długo – wsadził sobie Albusa pod płaszcz i wbiegł z impetem do swojej chatki, zaryglowując od razu drzwi.
- Cholibka – zaklął – Żeby tak mnie zaatakować? Ja, rozumiem, McLewis, mówiłem jej, że są agresywne, żeby tam nie lazła, ale żeby starego, poczciwego Rubeusa Hagrida? – pieklił się.
Albus uśmiechnął się do siebie w duchu.
- To pani McLewis została zaatakowana? – spytał – Co ona robiła w Zakazanym Lesie?
Gajowy potrząsnął swoją masywną głową pełną poskręcanych siwiejących włosów. Widocznie uznał, że za dużo już powiedział.
- Nic ci już więcej nie powiem – stwierdził kategorycznie – Za długi mam jęzor, ot co. Harry – twój ojciec – też ciągle to wykorzystywał. Nie powinieneś tego robił, młody. Mam nadzieję, że nikomu tego nie wypaplasz – westchnął.
Brunet gorliwie pokiwał głową, ale myślami już był razem z przyjaciółmi, którym oczywiście o wszystkim opowie.
- Hagridzie? – spytał po kilku minutach milczenia.
- Tak?
- Mogę już iść? Robi się ciemno, a centaurzyce na pewno już sobie poszły – próbował zargumentować swoją prośbę.
Brodacz westchnął ciężko chyba już po raz dziesiąty w ciągu tej lekcji i powiedział
- Dobrze, ale odprowadzę cię – mówiąc to, ściągnął z wieszaka płaszcz i założył go na siebie. Wziął też ze stojaka stary różowy parasol
- Może się przydać – mruknął, starając się usprawiedliwić samego siebie.
Albus doskonale wiedział, dlaczego. Miał świadomość bowiem, że gajowy w tym parasolu chowa swoją różdżkę, którą przełamano zaraz po tym, jak został wydalony z Hogwartu. Nie trzeba chyba wspominać, że wszystkiemu winna była jego wielka miłość do zwierząt oraz… niejaki Tom Riddle, który został pierwszym czarodziejem, który rozszczepił swoją duszę aż na siedem części.
Drugi syn Harry’ego i Ginny Potterów wyszedł wraz z nauczycielem na dwór. Mróz szczypał ich w policzki, a śnieg sypał przed oczami na wszystkie strony.
- Teraz bądź cicho, Al, bo mogą jeszcze nasłuchiwać – szepnął pół olbrzym i podążył przed siebie szybkim tempem rozglądając się przy tym na boki – No, idź już – powiedział, kiedy oboje znaleźli się już przy wejściu do zamku – Późno jest. Za kilka minut zacznie się cisza nocna.
- Branoc, Hagridzie – pożegnał się brunet.
- Dobranoc.

Albus ostrożnie wszedł do swojej sypialni, którą dzielił jeszcze z czterema chłopakami ze swojego roku. Rozebrał się szybko, wskoczył w pidżamę i wlazł do przyjemnie ciepłego łóżka.
- Jack, śpisz? – spytał ledwo słyszalnym szeptem.
Spod złoto – czerwonej kołdry wygramolił się drobny blondynek. W jednej ręce trzymał różdżkę, a w drugiej podręcznik do transmutacji.
- Nie – odpowiedział, chociaż było to w sumie oczywiste.
- Co robiłeś? – zainteresował się Albus.
- Zastanawiałem się w co zmienić Malfoy’a – odpowiedział chłopak – Czemu tak długo siedziałeś u Hagrida? – spytał, przygładzając sobie włosy.
- Centaurzyce nas zaatakowały – wyjaśnił pokrótce Potter – Mówię ci, to była jazda – uśmiechnął się tak, jakby opowiadał o przejażdżce na młyńskim kole, a nie o ataku wściekłych półludzi – I wiem już, dlaczego pani McLewis nie ma w szkole – pochwalił się.
- Czemu? – zdziwił się Jack. Chłopak bowiem nie zawsze potrafił kojarzyć fakty.
- Ją też napadły – stwierdził brunet, przekręcając się nieco w prawo, czyli w stronę, po której spał jego przyjaciel.
- Co ona robiła w Zakazanym lesie? – Morris chciał wiedzieć jak najwięcej. Zawsze lubił mieć wszystko jasno postawione.
- Tego akurat nie wiem – przyznał Albus – Hagrid za szybko się połapał, że mi o tym powiedział – dodał na swoje usprawiedliwienie.
- Fajny jest ten Hagrid, nie? – zauważył Jack, bawiąc się przy tym swoją różdżką.
- No – pokiwał z ochotą głową brunet – Jak myślisz, powiedzieć o tym dziewczynom? – zastanowił się.
- Lepiej tak – stwierdził blondyn – Jeśli się o tym dowiedzą z drugiej ręki, to będziemy mieli przerąbane.
Albusa specjalnie nie zdziwiło to, że jego przyjaciel troszczy się bardziej o dobro własne, niż innych. Ale w sumie, każdy powód jest dobry, a oni przecież nie powiedzą przyjaciółkom, dlaczego podzielili się z nimi tymi cennymi informacjami.
- Masz rację – przytaknął wolno Potter, czując, że strasznie chce już mu się spać – Branoc.
- Dobranoc – odpowiedział Jack i niemal od razu zapadł w głęboki sen…

W szklarni było niezwykle zimno, ale pan Longbottom postanowił nie zawieszać swoich zajęć. Jeśliby mówić o tym szczerze, to po prostu zapomniał o tym, żeby je zawiesić i teraz usilnie próbował to zamaskować. Ale widok zwisających z sufitu długich sopli lodu i zamarzniętego termometru robił swoje i uczniowie po niedługim czasie zorientowali się co tak naprawdę się stało.
- Dzisiaj zajmiemy się Lutkami Nadzwyczajnymi – oświadczył dobitnie profesor Neville – Jak sama nazwa wskazuje, sadzi się je w lutym – wyjaśnił.
Po chwili ręka Douglasa May’a, niewysokiego Puchona z krótko przystrzyżonymi brązowymi włosami i oczami tego samego koloru, wystrzeliła w górę.
- Czy one są pożyteczne? – spytał chłopiec, a kilku Puchonów zachichotało.
- Tak, raczej tak – potwierdził nauczyciel – Przyrządza się z nich eliksir dający energię. Poza tym, to jedne z niewielu roślin, które można sadzić w taki mróz – zaśmiał się nerwowo.
Niektórzy młodzi czarodzieje także się uśmiechnęli.
- Teraz wam pokażę, jak należy je przesadzać – oznajmił Longbottom i sięgnął po doniczkę, która wypadła mu z rąk i rozbiła się na podłodze z głośnym hukiem.
No tak, nawet czynny udział w obu Wielkich Bitwach o Hogwart i wiele lat praktyki nie wyzbyły go resztek gapowatości. Taki się urodził i widocznie taki do końca życia już pozostanie. Z cichym westchnieniem wyjął swoją różdżkę i mruknął
- Reparo
Doniczka poskładała się w jedno na nowo. Kto jak kto, ale Neville opanował to zaklęcie do perfekcji.
- Najpierw wysypujemy cienką warstwę ziemi. Tak na pół centymetra – oznajmił, demonstrując przy tym to o czym mówił – Teraz dodajemy kilka kostek lodu i wkładamy sadzonkę. Uważajcie, żeby nie ugniatać jej zbyt mocno – pouczył zręcznie umieszczając roślinkę w doniczce – Zasypujemy ziemią. Potem bierzemy jeden sopel lodu – zerwał go z sufitu – i wiążemy na nim kokardkę (nie pytajcie po co) – większość uczniów zaśmiało się, ale nadal uważnie przyglądało się jego pracy – z włosa jednorożca. O tak… Zasypujemy ziemią,by na powierzchnię wystawało tylko sześć milimetrów listka – podniósł doniczkę, żeby każdy mógł się jej uważnie przyjrzeć – Wasza kolej – oznajmił – Wiecie gdzie są doniczki.
Uczniowie ochoczo po nie sięgnęli.
-  Byłeś wczoraj u Hagrida? – spytała Rose Weasley, wsypując nieco ziemi do doniczki.
- Byłem – potwierdził Albus – Centaurzyce nas napadły – pochwalił się.
- Och! – rudowłosa jedenastoipółlatka zrobiła przerażoną minę – On jest naprawdę nieodpowiedzialny – powiedziała mając oczywiście na myśli Hagrida.
- Nieprawda! – młody Potter starał się bronić swojego ulubionego nauczyciela.
- Al ma interesujące wieści o McLewis – oznajmił Jack, bo miał już dosyć tych zgoła bezsensownych sprzeczek.
- Mów. Czemu nam wcześniej nie powiedziałeś? – spytała zaciekawiona Camille, wyrywając Rose z ręki woreczek z ziemią.
- Nie chciałem przy ludziach – przyznał Albus, spuszczając wzrok na swoją doniczkę.
- Ok – kiwnęła głową brunetka – To co z tą McLewis?
- Tez na nią napadły – poinformował ją.
- Ale kto?
- No centaurzyce – wyjaśnił brunet.
- Ale co ona robiła w Zakazanym Lesie? – chciała wiedzieć Rose.
- Wszyscy zadajemy sobie to pytanie – odpowiedział Jack próbując jakoś posadzić swoją roślinkę.
Nagle do pracujących Gryfonów podszedł profesor Neville Longbottom. Uważnie przyjrzał się każdej z sadzonek i rzekł:
- Panie Morris, nie można zbyt mocno uciskać.
- Ale inaczej się nie da – stwierdził jack nie zawracając sobie głowy jakimikolwiek formami grzecznościowymi.
- Da się, da. Cierpliwości – pouczył go mężczyzna.
Albusowi naraz wpadł do głowy pewien głupi, naprawdę głupi pomysł.
- Proszę pana? – spytał z miną niewinnego dziecka.
- Tak, Albusie?
- Bo my właśnie zastanawiamy się, dlaczego pani McLewis nie ma w szkole i… – zaczął, ale profesor przerwał mu.
- Nie martwcie się, dzisiaj już wróci. Być może nawet zdąży na waszą lekcję.
- Ale dlaczego…? – próbował się dowiedzieć młody Potter, ale i tym razem nauczyciel nie dał mu dokończyć
- Jestem pewien, ze znasz już odpowiedź na to pytanie – odpowiedział – Zbierajcie się już. Koniec lekcji – zarządził.
Przyjaciele grzecznie sprzątnęli swoje stanowiska i wyszli ze szklarni.
- Po co to zrobiłeś? – spytała Rose, kiedy byli już na zewnątrz.
- Myślałem, że powie coś więcej – przyznał ze wstydem Albus. Dopiero teraz zaczęło do niego dochodzić, jaki to był beznadziejny pomysł.
- Możemy się przecież dowiedzieć tego od samej Mclewis – stwierdził Jack.
- No, jasne! – przytaknęła mu z ironią Camille – Jeśli ona się dowie, że wiemy to od Hagrida… – zaczęła wyjaśniać.
- To on może mieć kłopoty – dokończył za nią Albus, wyraźnie dumny z tego, że domyślił się o co jej chodziło.
- Ale ja tak tego nie zostawię!!! – krzyknął (o wiele za głośno, jak to zwykle on) blondynek i szybkim krokiem zszedł do lochów, w których niezmiennie od początku tejże szkoły odbywały się lekcje eliksirów.

Jedna lekcja z Suvirem dłużyła się już niemiłosiernie, ale już dwie… To brzmiało jak wyrok śmierci. Całe dwie godziny wśród dziwacznych składników i wrogo bulgoczących mikstur warzonych w przestarzałych kociołkach, napełniały lękiem wszystkich Gryfonów i przyprawiały ich o mdłości i zawroty głowy. A widok roześmianych Ślizgonów, a w szczególności Scorpiusa Malfoy’a, wcale im nie pomagał, a budził jeszcze większe obrzydzenie.

Cudem przetrwali te lekcje i popędzili na transmutację. Tak jak się spodziewali, w drzwiach stała uśmiechnięta – jak zwykle – pani McLewis i zapraszała uczniów do klasy.
- dzień dobry – przywitali się przyjaciele.
- Witajcie, kochani – odpowiedziała pani profesor – Jakże miło was widzieć.
- Mnie panią też – przyznał Jack – Miałem już dosyć tych lekcji z dyrektorem.
Kobieta zbyła tę uwagę milczeniem. Już od dawna się domyślała, że stosunki między młodym Morrisem a jego dziadkiem nie były zbyt dobre.

Zajęcia z transmutacji minęły bardzo szybko i uczniowie pospiesznie wyszli z klasy, by udać się do Wielkiej Sali i uraczyć swoje podniebienia przepysznym obiadem.
- Albus, Jack, Rose i Camille, moglibyście na chwilę zostać? Chciałabym omówić z wami wasze ostatnie eseje.
Pani McLewis skłamała, by inni nie domyślili się o co jej chodzi, ale ta czwórka Gryfonów wiedziała o tym doskonale. Poczekali aż wszyscy opuszczą komnatę, w której odbywały się zajęcia i pani profesor zaczęła:
- Pewnie już wiecie, że centaurzyce mnie zaatakowały, prawda?
- Tak, wiemy – przyznał Albus, czując, ze nie ma co owijać w bawełnę, bo nauczycielka i tak dowie się o wszystkim.
- No cóż, byłam więcej niż pewna, że Hagrid wam wszystko powie – uśmiechnęła się – Chcielibyście zapewne wiedzieć, co robiłam w Zakazanym Lesie, prawda?
Przyjaciele zgodnie jak jeden mąż pokiwali głowami.
- O Krysztale wiecie, czyż nie?
- Wiemy – przyznała Rose.
- To dobrze. Ta sprawa wydała mi się nieco dziwna. mam nawet pewne przypuszczenia co do… – na szczęście dla niej, w porę umilkła, nie chciała przecież mówić tym dzieciakom wszystkiego – Ale zboczyłam z tematu. Więc doszłam do wniosku, że muszę osobiście sprawdzić, co tam się dzieje. Mimo ostrzeżeń Hagrida poszłam tam i… są efekty – zaśmiała się krótko podnosząc nieco wyżej rękę.
- Ale dowiedziała się pani czegoś? – spytał Albus.
- W sumie niczego konkretnego. Nadal podejrzewam jedną osobę – odpowiedziała mu łagodnie nauczycielka. Wyraźnie było czuć, że traktuje ich jak dzieci (no, w końcu nimi byli), ale z większym poważaniem niż swoich innych uczniów.
- Kogo? – chciał wiedzieć Jack – chłopiec nie posiadający żadnego wyczucia faktu ani wrażliwości.
- Och, to może być trudne dla ciebie, ale to prawdopodobnie twój dziadek – wyznała profesor Mclewis.
na drobnym blondynku nie zrobiło to jednak większego wrażenia. Na Albusie zresztą tez nie.
- James jest tego samego zdania – powiedział.
- Twój brat to bardzo bystry chłopak – potwierdziła nauczycielka.
- Mówiłem, ze to oszust – wtrącił młody Morris.
- Kto? – zdziwiła się Camille – James?
-Nie – zaprzeczył Jack, jakby to było całkiem oczywiste – Bulberdort.
- Niezupełnie – wtrąciła profesor McLewis – Zawsze ktoś mógł rzucić na niego zaklęcie Imperio, a ja wcale nie wykluczam tej możliwości.
- Czyli, że Sami-Wiecie-Kto naprawdę powrócił? – spytała przerażona tą wizją, młoda panna Mortalake.
- Teoretycznie jest to możliwe – westchnęła nauczycielka transmutacji.
- Ale co się stanie, jeśli on napadnie nas w szkole? – Albus także momentalnie stracił poczucie bezpieczeństwa – Przecież my nie umiemy się bronić. Malfoy niczego konkretnego nas nie nauczył…
- Nic wam nie będzie – próbowała podnieść go na duchu kobieta – Pierwszoklasiści nigdy nie byli gotowi do walki, nawet po zakończeniu roku. Są przecież jeszcze nauczyciele i starsi uczniowie – dodała – A teraz… szybko zmykajcie na obiad – zmieniła nagle temat.
- Do widzenia – przyjaciele pożegnali się grzecznie i ile sił w nogach popędzili do Wielkiej Sali na ucztę. Dopiero teraz naprawdę poczuli jak bardzo są głodni.

——————————————————————————-

Kochani, dziękujcie Bogu, losowi, czy komu tam chcecie dziękować za to, że nowy rozdział w ogóle się pojawił. Nie powiem, ze nie obyło się bez problemów (blog.pl nie chciał mi działać i te sprawy). Dlatego postanowiłam, że wraz z zakończeniem tej części opowiadania przenoszę się na blogspot. Blog jest już nawet założony i właśnie rozpoczynam prace przygotowywacze. Poza tym, w tym tygodniu tyle się działo… Dzięki Ci, Beatko (jeśli w ogóle to czytasz) za to, ze namówiłaś mnie do udziału w konkursie, udało się, ale nie będę się tu chwalić, bo przecież nie po to założyłam tego bloga. Ok, a więc tę notkę chciałabym zadedykować Tobie, a także mojej młodszej siostrze, Ewelince, że w ogóle dała mi to teraz napisać i dziewczynom, z którymi dzisiaj malowałam włosy na różowo ;** To by było chyba na tyle. Nowej notki spodziewajcie się za tydzień w niedzielę (ale nie tę).

56 „Pełno tu nargli”

W końcu nadszedł mroźny luty, a wraz z nim trzynaste urodziny Jamesa. Młody Potter postanowił, że zorganizuje z tej okazji imprezę. Oczywiście, był świadomy, że nikt jeszcze w Hogwarcie nie urządzał zabawy w pokoju wspólnym Gryfonów z tak błahej okazji, jak urodziny jakiegoś drugoklasisty (nawet jeśli był on synem tego słynnego Harry’ego Pottera), ale stwierdził, że przecież każda okazja może być dobra.
Przed zaplanowaną godziną spotkania zakradł się do kuchni i zwędził (a raczej dostał od skrzatów domowych, bo miał dobry sposób na omijanie kucharek, które po Drugiej Wielkiej Bitwie o Hogwart znowu wróciły do pracy w placówce)  stamtąd trochę ciastek i piwa kremowego. Inni goście też pomyśleli o jakimś jedzeniu i większość z nich przyniosło trochę smakołyków. Rekord pobiła jednak Christina, która, do końca nie wiadomo jak i skąd, wytrzasnęła olbrzymi tort czekoladowy.

Wszyscy Gryfoni doskonale się bawili. Wielu z nich pozbierało się w mniejsze grupki i rozmawiało ze sobą wesoło. Na przykład Albus, Jack, Rose i Camille omawiali strategię nauki do egzaminów kończących pierwszą klasę.
- Musimy zacząć już dzisiaj – stwierdziła dziewczynka o gęstych rudych włosach i zielonych oczach.
- To ty idź i się ucz. Ja zacznę miesiąc przed – stwierdził młody Potter.
- A ja w ogóle nie będę się uczyć – powiedział z uśmiechem drobny blondynek – Nie zamierzam tracić na to życia.
- Jack, będziesz się uczył. Inaczej nie znajdziesz żadnej pracy – rzekła Rose z nieco zatroskaną miną.
- A brak pracy równa się brak kasy w późniejszym życiu, co przekłada się na to, że nie będzie cię stać na żadną porządną miotłę – wyjaśnił Albus.
- Dobra, już dobra – mruknął chłopiec – Możecie się zamknąć. Egzaminy to jeszcze odległa przyszłość, nie mam ochoty tracić przez nie imprezy – stwierdził i wstał, by zatańczyć (ktoś załatwił najnowszy krążek Voldemortek1).
Doszedł jednak do wniosku, ze za bardzo nie ma z kim, a nie chce mu się wracać i błagać Rose lub Camille o wybaczenie. Rozejrzał się uważnie w poszukiwaniu jakiejś znajomej dziewczyny, którą mógłby bez większych problemów poprosić do tańca i zauważył stojącą nieco w kącie Julie Reed. Gryfonka miała jasnobrązowe włosy sięgające ramion i piwne oczy. Ubrana była w jasnokremowy top, dymnoróżowy sweterek i szare rurki, a na szyi miała srebrny wisiorek ze znakiem jej ulubionego zespołu, czyli Voldemortek. Jack zawahał się chwilę, ale podszedł do niej i poprosił ją do tańca.
Albus popatrzył z zazdrością na kumpla i w końcu postanowił zatańczyć z  Camille. Miał jednak trochę wyrzutów sumienia, ze zostawia Rose samą. Na szczęście, Cody Friendly wyciągnął ja na parkiet (nawet nie musiał zbytnio używać siły, co było bardzo dziwne, gdyż jeszcze kilka minut wcześniej ruda zrzekała się, że za chwilę idzie się uczyć).
Cały pokój wspólny wypełniony był aż po brzegi tańczącymi parami (cóż, Voldemortki robią swoje). James tańczył z Dianą, Matt z Aggie McCartney, Bian z Alastorą, Rem z Laylą. Robby zdobył się na odwagę i poprosił Charlie, która zgodziła się tylko dlatego, że nikt ciekawszy nie zaproponował jej tego wcześniej. W ich ślady poszli Shane i Billie – najpiękniejsza dziewczyna na swoim roku, która niestety miała pecha trafić do jednaj klasy z chłopcami, którzy nie okazują zainteresowania płcią przeciwną. Kerg, obrońca w drużynie Gryfonów zaszył się gdzieś w kącie z Christiną, a Stan gorączkowo zastanawiał się, jakby tu wyciągnąć na parkiet Evę, starszą siostrę Briana.
Niestety, wszystko co dobre, to się szybko kończy. Dochodziła północ i rozbawieni Gryfoni, nie chcąc się narażać na gniew pana Longbottoma, musieli wracać do swoich łóżek.

Był piątek i jeszcze na porannej lekcji zaklęć, którą Gryfoni mieli razem z Krukonami, niektórzy uczniowie nie zdążyli się otrząsnąć po wcześniejszej imprezie. Tego dnia pani Longbottom uczyła swoich uczniów używać zaklęcia Locomotor Mortis, zwanego także popularnie Zwieraczem Nóg.
- Źle to pan robi, panie Amstrong – pouczyła go stając obok niego – Locomotor Mortis – mruknęła i już Harry Goodime leżał na ziemi ze złączonymi dolnymi kończynami.
Kobieta odeszła nieco dalej i popatrzyła na swoich zmęczonych młodych czarodziejów.
- Pełno tu nargli – stwierdziła po chwili – Pewnie dlatego tak słabo dzisiaj pracują…

- Locomotor Mortis – Rose machnęła zdecydowanie różdżką, a przechodząca obok niej Luna pochwaliła.
- Wspaniale, Rose! Przynajmniej ty jedna radzisz sobie z tymi natrętnymi narglami – dziewczynka zarumieniła się i nawet nie przyszło jej do głowy, żeby zaprzeczyć, że nargle nie istnieją – Panie Blocked – odezwała się surowo do rudego chłopaka z Ravenclawu – Nadal pan nosi różdżkę w tylnej kieszeni. Minus dwa punkty dla Ravenclawu, może to cię w końcu czegoś nauczy.
Bart zrobił się cały czerwony na twarzy i ze złością wymamrotał formułkę sprawiając, że Eddie Bezz wylądował na podłodze.

Albusowi także udawało się rzucić to zaklęcie, ale Jack miał z tym pewne kłopoty. Machał różdżką i machał, a jego przyjaciel nadal mógł swobodnie chodzić.
- No, kurwa – mruknął, kiedy po czterdziestej drugiej próbie nadal mu się nie udawało.
- Panie Morris, proszę opanować emocje. Wiem, że to trudne, bo pełno tu nargli, ale musi pan spróbować. Jeszcze raz przećwiczymy ruch różdżką – zdecydowała, a blondynek z nadąsaną miną bardzo uważnie powtarzał ruchy nauczycielki.
- Locomotor Mortis – powiedział i wreszcie mu się udało.
- Koniec lekcji – zarządziła po chwili profesor Longbottom i wypuściła uczniów z klasy.

- No, to teraz transmutacja – poinformował wszystkich Al, a Jack rozpogodził się.
- Kocham transmutację i już nie mogę się doczekać, w czym dzisiaj okażę się lepszy od innych – zaśmiał się.
Czwórka przyjaciół udała się do klasy. Wszyscy spodziewali się, że zastaną tam, jak zwykle, uśmiechniętą panią Izoldę McLewis. Tego dnia jednak przy biurku nauczycielskim siedział ktoś zupełnie inny. Był to sam dyrektor szkoły, Trąbal Bulberdort. Jack nie wyglądał na zachwyconego tym faktem. Zmarszczył groźnie brwi i spytał swojego najlepszego kumpla, Albusa:
- Po co on tu? – to pytanie było niezbyt poprawne gramatycznie, ale chłopak nie przejmował się takimi drobiazgami.
Nim Albus zdążył cokolwiek odpowiedzieć, Bulber wwstał i przemówił.
- Drodzy Gryfoni i Puchoni. Przyszedłem dziś do was, aby zastępować waszą ukochaną panią McLewis, która niestety, nie mogła przyjść na dzisiejszą lekcję.
Przez salę przebiegł pomruk niezadowolenia.
- Co jej się stało? – odważył się zapytać pewien wysoki uczeń z Hufflepuffu i z długą grzywką opadającą mu na oczy.
- To ścisła tajemnica grona pedagogicznego, pani Clein – wyjaśnił z tajemniczą miną – Kiedyś uczyłem tu numerologii, ale z transmutacji też jeszcze co nieco pamiętam – roześmiał się krótko.
- Ha, ha – powiedział lekceważącym tonem Jack. Widać było, że z trudem wytrzymuje z dziadkiem w jednym pomieszczeniu.
- Czy ktoś mógłby mi powiedzieć, co robiliście na poprzednich zajęciach? – spytał nauczyciel – Tak, Brown? – poprosił, kiedy ręka Corbina, Gryfona o brązowych, kręconych włosach, wystrzeliła w górę.
- Zamienialiśmy szczury w pająki – powiedział chłopak – I Bill omal swojego nie przygniótł – uśmiechnął się.
- To nieprawda! – zaprotestował pulchny chłopiec, ale Cody szturchnął go w bok tak mocno, że zgiął się z bólu i nie był w stanie już nic powiedzieć.
- CISZA! – próbował uspokoić chłopców, ale teraz Corbin i Cody zaczęli bić się na żarty, a także po to, by pokazać Billowi, jakie miał szczęście, ze Friendly tak lekko go szturchnął – Dzisiaj zamienicie nietoperze w zapałki! – oznajmił dyrektor, a klasa jęknęła z zawodu.
- Zapałki? – pytali z niedowierzaniem niektórzy uczniowie – Ależ to było w pierwszym semestrze!
- To nie zaszkodzi wam, jeżeli sobie trochę poćwiczycie – stwierdził Bulberdort i usiadł na krześle należącym do pani McLewis przy biurku – Do roboty – powiedział i rozdał za pomocą zaklęcia zwierzęta swoim podopiecznym.
Jack wziął nietoperza za lewe skrzydło, ale widząc zdegustowaną minę Rose, szybko zrezygnował z pomysłu pobawienia się chwilę tym bezbronnym stworzeniem. Machnął więc różdżką i – chcąc jak najszybciej mieć to za sobą i zyskać godzinę na porządne wynudzenie się bądź pogadanie z przyjaciółmi – skupił się maksymalnie na osiągnięciu celu. Nie było to łatwe, gdyż przecież parę metrów za nim siedział człowiek, który uważał się za jego dziadka, ale zniknął, kiedy ojca wsadzono do więzienia.
- Skończyłeś już? – spytał ów osobnik.
Jack nic nie powiedział. Nie odzywał się przecież do niego. Zamiast tego po prostu podsunął mu prostą zapałkę, z której nie wystawała ani jedna niesforna drzazga.
Mężczyzna popatrzył chwilę na przetransmutowanego nietoperza i poszedł dalej.
- No w końcu – mruknął blondynek do Albusa, który też już wykonał polecone zadanie.
- Macie jakieś pomysły, dlaczego jej nie ma? – spytała po chwili Camille poprawiając przy tym swoją fryzurę.
- Może musiała gdzieś wyjechać – podrzuciła Rose.
- To mało prawdopodobne – przerwał jej Albus – Pewnie wiąże się to z Kryształem.
- Al, ciągle tylko z tym wyjeżdżasz – mruknął nieco zirytowany Jack – Kryształ to, Kryształ tamto. Uspokój się…
- Wiesz, Jack? Tym razem Al może mieć rację – rzekła Camille – Tylko dlaczego akurat teraz i ona? – zadała kolejne pytanie.
- Właśnie. Musimy się tego dowiedzieć – stwierdziła Rose.
- A nie możemy po prostu zapytać? – zaproponował Albus Severus.
- Ta… wspaniały pomysł – westchnęła sarkastycznie brunetka – Tak, leć i zapytaj. Co z tego, że to tajemnica? Skoro jakiś pierwszoroczniak ją zapyta, to przecież musi ją mu zdradzić!!!
- Dobra, zrozumiałem – przerwał jej nieco zażenowany Potter – Głupi pomysł.
- Więcej niż głupi – stwierdziła dziewczyna, ale już nic nie powiedziała.
- Ale… przecież to całkiem dobre rozwiązanie – wysunęła się nieśmiało Weasley.
- Następna? – westchnęła ze zrezygnowaniem Camille.
- Posłuchaj mnie może – poleciła ruda – McLewis nam tego nie powie.
- No właśnie – przytaknęła Gryfonka – To próbuję wam wytłumaczyć.
- Ale Hagrid już tak! Przecież tato mówił, że on nigdy nie potrafił utrzymać języka za zębami – uzasadniła.
- Ok, o tym nie pomyślałam – przyznała z niechęcią brunetka.
- No widzisz? – uśmiechnęła się rudowłosa – Ale kto go o to dyskretnie wypyta?
- No jak to kto? – zdziwił się Albus – Ja! W niedzielę na lekcji będzie do tego odpowiednia okazja.

—————————————————————————–
1 – Voldemortki to najpopularniejszy zespół w świecie czarodziejów w czasie, w którym rozgrywa się akcja mojej powieści (podobnie jak Fatalne Jędze w czasach Harry’ego). Zespół ten nie został wymyślony przeze mnie, ale przez moją młodszą siostrę, Draconkę, której składam z tego powodu serdeczne podziękowania ;***

——————————————————————————

Ok, jest już nowa notka. Niezbyt mi się ona podoba -.-

Mam też do Was parę rzeczy organizacyjnych. Zacznę może od reklamy. Głosujcie w ankietach XD (są nowe). Założyłam ocenialnię blogów, możecie się zgłaszać http://fredjamessyriuszremusocenia.blogspot.com/

Informuję także, że zakładki „bohaterowie”, „linki” i „nominacje” są cały czas aktualizowane ;P

I teraz najważniejsza rzecz. Otóż dziesiątego maja minie dokładnie pół roku odkąd założyłam tego bloga. Z tej okazji chciałabym serdecznie podziękować wszystkim czytelnikom, a w szczególności: Draconce, Joe, Hermionie, Lily Evans, Gosi, Emmie, Muzykoholiczce i wielu innym osobom, które komentują, albo czytają, ale nie komentują. Po prostu kocham Was ;**

55 „Ale po co mu duchy?”

Albus już nie mógł się doczekać, kiedy podzieli się swoimi spostrzeżeniami z przyjaciółmi. Nic więc dziwnego, że kiedy tylko nadarzyła się do tego dobra okazja, od razu z niej skorzystał, nie zważając nawet na to, że była to bardzo ważna lekcja eliksirów.
Cała czwórka (bo Camille także została w to wszystko wtajemniczona) zaciekle dyskutowała o dziwnych zniknięciach duchów, całkowicie lekceważąc polecenia nauczyciela.
- Ale po co mu duchy? – zdziwiła się panna Mortalake, nie próbując nawet udawać, że jest chociaż trochę zainteresowana swoim kociołkiem i tym co się w nim dzieje (a działo się bardzo dużo, gdyż dziewczyna niechcący strąciła do niego kilka serc nietoperzy).
- Nie wiem – przyznał młody Potter – Gdzieś kiedyś czytałem, że można z nich wysysać energię.
- Ale jak? Przecież nie jest łatwo je uwięzić – zauważyła Rose, wsypując do swojego kociołka sproszkowany róg jednorożca (ona jako jedyna zaczęła coś w ogóle robić).
- Jeśli to naprawdę jest Voldemort, to zapewne zna jakieś sposoby – mruknął Al.
Camille tylko pokiwała głową i na kilkanaście sekund zapadło milczenie. Przerwało je zrozpaczone pytanie młodej panny Weasley.
- Dlaczego właśnie profesor Binns?
- Czemu nie Malfoy? – rozpaczał jej kuzyn.
- Bo on nie jest duchem, idioto – wyjaśniła brunetka, ale chłopcy nie zwrócili na nią uwagi.
- Mógłby być chociaż Suvire… – westchnął Jack, opierając się swobodniej o blat ławki.
- Pomyślmy… może dlatego, że stoi tu i już od pięćdziesięciu dwóch minut próbuje coś włożyć do waszych pustych łbów – odezwał się potężny mężczyzna, którego uczniowie byli zwykli zwać swoim nauczycielem eliksirów (lubianym lub nie, głównie w zależności od domu).
- Myślicie, że słyszał cała naszą rozmowę? – spytał ledwie słyszalnym szeptem blondynek.
- Słyszał, słyszał, panie Morris – przytaknął czarodziej – I nawet da szlaban – oznajmił – Dzisiaj po kolacji widzę całą waszą czwórkę w moim gabinecie.
- Sorry, nie mogę – odezwał się Jack – Będę zakówać do egzaminów.
- Za zniewagę nauczyciela odejmuję Gryffindorowi pięć punktów, panie Morris – poinformował go profesor – I drugie pięć za kłamanie. Akurat pan jest ostatnią osobą, którą posądziłbym o jakiekolwiek przejmowanie się testami końcowymi – uśmiechnął się złośliwie – Koniec lekcji – oświadczył.
Nikomu nie trzeba było dwa razy powtarzać. Uczniowie migiem zebrali swoje rzeczy, sprzątnęli stanowiska i popędzili na następną lekcję.

Punktualnie o ósmej wieczorem, czwórka przyjaciół zapukała grzecznie do drzwi gabinetu profesora Suvire’a.
- Dobry wieczór – przywitali się kulturalnie, ale ten nie odpowiedział im na to, mruknął tylko zawiedziony:
- Ach, to wy…
- Co będziemy robić, panie profesorze? – spytała Rose, mając tylko nadzieję, że nie będzie to zbyt wyczerpująca praca.
- Mam kilka skrzyneczek do przejrzenia – oznajmił i zaprowadził ich do innej części gabinetu.
Te „kilka skrzyneczek” okazało się dziesięcioma pudłami ,długości wzrostu Rose i wysokości Jacka, wypchanymi po brzegi wszelkiego rodzaju zlewkami i probóweczkami.
- Połamane i pobite wyrzucić, a resztę wyczyścić – rozkazał – Oczywiście, bez użycia czarów – dodał – A teraz wybaczcie, ale muszę przeprowadzić bardzo ważną rozmowę – powiedział i wyszedł na korytarz, na którym już czekał na niego Lucjusz Malfoy.

- Nigdy nie miałam tak wyczerpującego szlabanu – jęknęła Camille, kiedy przyjaciele w końcu dostali pozwolenie na opuszczenie gabinetu nauczyciela.
- Ja też – przyznała Rose, czym wywołała zduszoną salwę śmiechu u Jacka.
- Pragnę ci przypomnieć – powiedział chłopak – Że ty nigdy jeszcze nie miałaś szlabanu. To był twój pierwszy.
- Wiem – odparła dziewczynka – Ale za to jaki ciężki! – stwierdziła.
- Nie wiem jak wy, ale ja po prostu jestem padnięta – oznajmiła brunetka chcąc nieco załagodzić konflikt.
- Ja też – zgodził się z nią Albus, który chyba przejrzał jej zamiary i postanowił przeciwdziałać razem z nią.
- To co? Idziemy spać? – chciała upewnić się Weasleyówna, przechodząc przez dziurę pod portretem.
- Branoc – pożegnał się Al, odchodząc razem z Jackiem w stronę swojej sypialni.
- Dobranoc – odpowiedzieli cicho Camille i drobny blondynek.

- Gdzie on jest?!
- Uciekł?
- A może go porwali?
- Nie ma go!
Takie oto krzyki dało się słyszeć przy stole Gryfonów w czasie trwania, jak zwykle, wystawnego śniadania. Jednak także w całym Hogwarcie nie było chyba ucznia, który by o tym nie słyszał. A sprawa była poważna, gdyż zniknął kolejny duch. Tym razem był to Prawie Bezgłowy Nick.
- To mi się wydaje podejrzane – stwierdziła Rose nakładając sobie na talerz kolejną kanapkę z serem i pomidorem.
- Masz rację – przyznał James, który rzadko zgadzał się z osobami choć trochę młodszymi od siebie. Nawet kiedy wiedział, że mają rację, wolał wykłócać się dla zasady – Znowu zniknął duch – dodał bawiąc się rzodkiewką, która została samotna na jego talerzu.
- To już drugi nauczyciel historii magii – zauważyła panna Weasley – Ktoś chyba nie chce, żebyśmy się uczyli tego przedmiotu.
- Nie sądzę, żeby chodziło akurat o to – zaczął Jack – Ale nawet jeśli, to taki układ byłby mi nawet na rękę. Brak historii równa się brak uczenia się dat – wyjaśnił z weselem.
- O tak… – przyznała Camille – To byłby raj dla nas wszystkich.
Z całej szóstki, to jest: Jacka, Jamesa, Albusa, Matta, Camille i Rose, tylko ta ostatnia uzyskała dobry stopień z tego przedmiotu. Panna Mortalake miała mocne „N”, James – słabe, które dostał tylko po to, by nie psuć mu średniej, Matt i Al – mocne „O”, a Jack ledwo dostał swoje.

Albus zatopił się we własnych myślach. Potrzebował chwili, by poukładać sobie to wszystko w głowie. Skoro ustalili już z Jamesem i Rose, że to Voldemort porywa te duchy, to znaczy, ze wtedy, pierwszego września, Bulberdort miał rację. Dokładnie w chwili, gdy na to wpadł, poczuł mocnego kopniaka od brata. Chłopak wstał od stołu i skinął na młodego, by ten podążył za nim do męskiej toalety. Upewniwszy się uprzednio, ze jest ona pusta, to jest, że nikogo tam nie ma, rudy zaczął mówić.
- Głupio wtedy zrobiliśmy – nie musiał wyjaśniać kiedy. Al i tak wszystko zrozumiał.
- Wiem – przyznał wpatrując się tępo w swoje buty.
- Chyba trzeba to wyjaśnić – celowo nie użył słowa „przeprosić”, nienawidził tego robić.
- Myślisz, że wie coś więcej? – zainteresował się brunet.
- Jestem tego pewien – rzekł James – i myślę, że Jack też ma nam coś do powiedzenia – uśmiechnął się łobuzersko.
- Nie, to niemożliwe – wymamrotał Albus, ale w sumie czuł, że brat może mieć rację.
- Spytaj go – polecił – A potem pójdziemy pogadać z Bulem – uzupełnił i dał mu znak, że może już iść. Chłopak jednak nie ruszył się z miejsca.
- Coś jest nie tak – stwierdził, spoglądając mu w oczy, a raczej starając się spojrzeć, gdyż James starannie unikał jego wzroku.
- Wszystko w porządku – stwierdził uparcie – Idź już sobie – rozkazał.
- Nie – postawił się brunet, a robił to naprawdę bardzo rzadko, więc rudy nieco zdziwił sie tym faktem, ale nie dawał tego po sobie poznać – Nie ruszę się stąd, dopóki nie powiesz, o co ci chodzi, do choineczki zielonej!
- Beznadziejne – bąknął dwunastoipółlatek – Już gorszego powiedzenia nie dało się wymyślić, ale dobra, na twoje własne ryzyko, powiem ci – zdecydował.
Albus uśmiechnął się lekko w oczekiwaniu na jakieś zawiłe wyjaśnienie jakiegoś równie zawiłego problemu. Gryfon jednak tylko powiedział kilka prostych słów.
- Przejściowe kłopoty z tożsamością.
Myślał, że młody odczepi się po tym, co usłyszał, bo naprawdę nie miał ochoty na gadanie z nim o swoich uczuciach i troskach, ale tan po krótkim zastanowieniu spytał jeszcze:
- Avada?
- Spadaj – odrzekł starszy z nich, co mogło oczywiście oznaczać tylko i wyłącznie, że tak.
To była jego największa zmora. Ćwiczył już od początku roku i jeszcze ani razu nie udało mu się niczego zabić. A bardzo chciał. nie tyle pozbawić życia, co po prostu opanować zaklęcie. Ale widocznie nie było mu to dane.
- Idź teraz lepiej zapytać jacka – mruknął i siłą wypchnął go za drzwi.
Chłopiec posłusznie pobiegł ile sił w nogach do pokoju wspólnego Gryfonów. Przelazł szybko przez dziurę pod portretem i rozejrzał się uważnie dokoła w poszukiwaniu przyjaciela. Znalazł go, kiedy siedział razem z Rose i Camille w kącie pomieszczenia i uczyli się razem transmutacji. To znaczy, dziewczyny się uczyły, a Jack tylko je poprawiał, bo sam był tak dobry z tego przedmiotu, że nie musiał tego robić. Co innego z innych, tu przydałyby się mu korepetycje, na przykład u Rose, ale wcale nie czuł potrzeby uczenia się nowych rzeczy z dziedzin, które zupełnie go nie interesowały.
- Jack? – przywitał się Albus.
- Tak? – odparł blondynek, zręcznie zmieniając przy tym mysz w śliczny, srebrzysty guziczek.
- Kiedy byłeś w święta w zamku, to dziadek mówił ci coś w sprawie Kryształu albo Voldemorta? – spytał tak prosto z mostu.
Chłopak zastanowił się chwilę, a po chwili szybko opowiedział przyjacielowi o tym, z pozoru nieważnym, wspomnieniu.

- I nic więcej? – zdziwił się brunet zaraz po tym, kiedy skończył mówić
- Nic – pokiwał głową Jack – Urwał w najlepszym momencie – dodał ze smutkiem.
- Idźmy go o to spytać – zaproponował Potter zrywając się z miejsca.

Dokładnie po dwóch minutach bracia Potterowie i Jack stali w progu gabinetu dyrektora, Trąbala Bulberdorta.
- Co was do mnie sprowadza w taki piękny dzień? – spytał na powitanie właściciel gabinetu.
Albus spojrzał przez okno. Wiał porywisty wiatr i niedawno rozpętała się naprawdę straszna śnieżyca, więc raczej nie było mowy o żadnym „pięknym dniu”. To pytanie tylko utwierdziło go w przekonaniu, że dziadek jego najlepszego kumpla jest co najmniej nieco dziwny.
- My… – zaczął nieśmiało brunet, ale James, jako ten bardziej śmiały, natychmiast przejął po nim pałeczkę.
- Chcieliśmy pana przeprosić – wypalił, specjalnie nie mówiąc, że go przepraszają, a że tylko chcieli przeprosić.
Mężczyzna zrobił zdezorientowaną minę, ale po chwili uśmiechnął się uprzejmie.
- Och, chłopaki, młodość ma przecież swoje prawa i ja to potrafię zrozumieć – rzekł – Kiedy byłem w waszym wieku też często chodziłem nocą po zamku – dodał, ale chyba nikt mu nie uwierzył.
Rudy popatrzył na brata z niepokojem i sprostował.
- Nie o to nam chodziło…yyy… Proszę pana.
- O to też – mruknął bardzo zawstydzony całą sytuacją, Albus.
- Ale przede wszystkim o to, co pan powiedział wtedy pierwszego września w nocy – uzupełnił James.
- Tak? – mina dyrektora nieco zrzedła. Można wręcz zaryzykować stwierdzeniem, że zdenerwował się tym, co powiedział jeden z jego najbardziej niesfornych uczniów.
Albus mimo to chciał doprowadzić sprawę do końca. Nie po to przecież przyszedł, żeby wracać z pustymi rękami. Odważył się więc i przyznał
- Przeprowadziliśmy małe śledztwo…
- I doszliśmy do wniosku, że miał pan rację i Voldemort wrócił – dokończył z wielkim trudem dwunastoipółlatek.
Twarz profesora Bulberdorta pojaśniała w uprzejmym i nieco rozbawionym uśmiechu.
- Naprawdę nie ma za co, kochani – rzekł – Dostajecie po dziesięć punktów dla Gryffindoru za to, że przyznaliście się do błędu. Doprawdy, największą cnotą jest umieć przyznać się do błędu. Nawet sam Merlin nie był nieomylny… – zamyślił się na chwilę – Nadal jednak nie rozumiem, dlaczego przyprowadziliście ze sobą Jacka? – spojrzał na swojego wnuka stojącego nieco z boku, ale za to z miną o wiele pewniejszą niż Albusa, który powiedział
- Bo my… zastanawialiśmy się, dlaczego profesor Binns już nie uczy w naszej szkole, a potem zniknął Prawie Bezgłowy Nick i Al zapytał mnie, czy coś wiem na ten temat – uśmiechnął się lekko – Opowiedziałem mu o tym  wspomnieniu, które mi dziadek pokazał.
Bul podrapał się po głowie i westchnął wesoło:
- Oj, Jack, Jack… Specjalnie pokazałem ci tylko część tego wspomnienia. Chciałem cię sprawdzić – wyznał – No cóż, udało się. jesteście bardzo bystrymi dzieciakami – James lekko skrzywił się. Nie cierpiał, kiedy ktoś nazywał go dzieckiem.
Mężczyzna podszedł wolno do szafki, w której trzymał swoje wspomnienia, mieszczącej się nad Myślodsiewnią. Potem wyjął z niej maleńką, bogato zdobioną fiolkę i wlał jej zawartość do naczynia – mebla. Dał znak, żeby chłopcy podeszli do niego i zanurkowali.

Albus powoli otworzył oczy i podniósł się z zakurzonej ziemi. Otrzepał piach z jeansów i rozejrzał się ostrożnie dookoła. Zobaczył dokładnie tę samą okolicę, którą zobaczył wtedy jago przyjaciel Jack.
- To było świetne – uśmiechnął się James, mając oczywiście na myśli przeniesienie się do cudzego wspomnienia. Pozostali chłopcy pokiwali głowami.

Bulberdort poprowadził swoich uczniów do mieszkania numer trzynaście i siedem dwudziestych. Siedzący tam mężczyzna czytał list, którego treść młody Morris doskonale pamiętał. Blondyn oczekiwał, że znowu powrócą do gabinetu, tak jak to się stało poprzednim razem, ale wcale tak nie było.
Świeżo upieczony dyrektor usłyszał dzwonek do drzwi i podniósł się, żeby otworzyć. Po chwili do mieszkania wszedł drobny czarodziej z rudawą kozią bródką.
- Witaj, Geolusie – odezwał się  młodszy Bulberdort – Co cię do mnie sprowadza?
- Ach, witaj, Trąbalu. Doszły mnie słuchy, że dostałeś posadę dyrektora szkoły, gratulacje – wyciągnął rękę do mężczyzny. Ten chciał ją uścisnąć, ale jednak rozmyślił się i rzekł:
- Też jestem zaskoczony – dopiero po tym odwzajemnił uścisk.
- Tym bardziej, że przecież w tym roku naukę zacznie także twój wnuk – przypomniał czarodziej.
Jackowi wyrwało się ciche „och”. Dopiero teraz uświadomił sobie, że rozpoznawał tego człowieka. Często widywał go na ulicy w swoim rodzinnym mieście.
- Miałem nadzieję, że to spotkanie nie nastąpi, Geolusie – westchnął Bul – Powinieneś mnie poinformować – dodał z lekką pretensją w głosie.
- Właśnie to chciałem zrobić – tłumaczył się – Ale widzę, że już za późno…
- Dla jego dobra, nie powinienem się ujawniać -zdecydował siwy brodacz.
- Jestem odmiennego zdania – zaprotestował Geolus – Powinien to zrozumieć.
- Nie byłbym tego taki pewien – mruknął Bulberdort – On… Jak mu tam?
- Jack – podpowiedział mu mężczyzna.
- Właśnie – przytaknął dyrektor Hogwartu – Jack chyba nie należy do najbystrzejszych… Poza tym, jest jeszcze na to wszystko za młody.
- Zdziwiłbyś się mój przyjacielu – przerwał mu Geolus – Oceny w mugolskiej placówce naprawdę o niczym nie świadczą.
- Naprawdę, sądzę, że nie ujawniając się postąpię słusznie.
- Nie uda ci się to – stwierdził mężczyzna – Przecież mimo wszystko go kochasz.
- Widziałem go ostatnio osiem lat temu – westchnął Trąbal – To było jeszcze przed zabójstwem.
- To chodź zobaczyć go teraz – zaproponował mężczyzna – Musisz w końcu dowiedzieć się jak wygląda – próbował go przekonać.
- Niech ci będzie, Geolusie – zdecydował Bulber i wyszedł razem z nim z mieszkania, nawet nie zamykając go za sobą.

Albus nagle poczuł miękki dywanik leżący w gabinecie dyrektora. Czyli był już z powrotem w Hogwarcie. Jego przyjaciel, Jack rozglądał się po pomieszczeniu nerwowo. Wyglądał jakby zbierało mu się na płacz.
- Jack, to nie tak! – krzyknął Bulberdort, próbując objąć chłopca, ale ten wyrwał mu się i wrzasnął:
- PRZECIEŻ WIDZIAŁEM, JAK TO BYŁO!!!
- Wnusiu… – próbował ułaskawić go mężczyzna.
- NIE NAZYWAJ MNIE TAK! – rozkazał chłopak – Czemu po tym, jak wsadzili tatę do więzienia ani razu nie przyszedłeś? Nie zainteresowałeś się mną? Gówno cię obchodziło, czy w ogóle mam jak żyć!!! Żeby przyciszyć jakoś sumienie, wysyłałeś tylko Geolusa, żeby sprawdzał, czy jeszcze żyję!!!  – Albus objął przyjaciela ramieniem.
James, jak zwykle, miał rację. Teraz, widząc, że nie jest już nikomu potrzebny, poszedł na dodatkowe eliksiry. Jack na nowo zebrał się do ataku.
- Jeśli cię to w ogóle obchodzi, w co szczerze wątpię, to byłam u Mugoli samotny, wyśmiewany i, kurde, tak ubogi, że nie starczało czasem nawet na jedzenie!!!
- Jack, to dla twojego dobra – rzekł cicho Bulber – Kiedyś, ale nie teraz, wszystko ci wytłumaczę – rozpaczliwie usiłował złapać jakikolwiek kontakt z wnukiem. Ten jednak, zalany łzami i przytrzymywany przez Albusa, zdecydował
- Nie potrzebuję, abyś mi cokolwiek tłumaczył!!! Wiem przecież, jak żyłem przez te wszystkie lata! Albus, idziemy.
Skierował się do wyjścia, a potem przyjaciel zaprowadził go do upuszczonych łazienek na drugim piętrze.

- Marta, idź stąd – powiedział Potter tonem nie znoszącym sprzeciwu tak, że nawet owa zmarła dziewczynka posłuchała go i szybko upuściła toaletę.
Jack oparł się plecami o zimną ścianę i płakał sobie w najlepsze. Albus stał z boku i się temu przyglądał, gdyż właściwie nie czuł się potrzebny i nie wiedział, co ma robić.
- Chuj z niego – odezwał się po chwili blondynek. Przyjaciel popatrzył na niego z zaciekawieniem tymi swoimi dużymi, zielonymi oczami – Tak – kontynuował – To niemożliwe, żeby był moim dziadkiem. To oszust.
Potter nie wiedział, co ma odpowiedzieć. W końcu ojciec Jacka przytaknął, kiedy syn napisał mu o dziadku. Widząc jednak stan emocjonalny chłopaka (nietrudno zgadnąć, że nie był on zbyt dobry), młody postanowił nie odzywać się.
- Nie, no po prostu… Przez tyle lat wagarowałem i ciągle wzywano mamę do szkoły, podczas, gdy wcale nie musiałem tam chodzić!
- Musiałbyś się uczyć w domu – stwierdził Albus.
- Oj tam. Nie w tym rzecz. Cholera, co za idiota z niego – westchnął.
- No, na pewno wspaniały to on nie jest – rzekł Al – Samolubny drań.
- Ty jeden mnie rozumiesz – westchnął ciężko Jack już prawie wcale nie płacząc.
- Powiedz, kiedy już będziesz gotowy – polecił Potter czując, że nastąpi to już niebawem, gdyż zaszła już wielka zmiana jeśli chodzi o pierwotny a teraźniejszy stan jego uczuć.
Nie mylił się. Morris już po dwóch minutach wyprostował się, przemył twarz zimną wodą i oświadczył, że może już iść.
- Na pewno? – chciał się upewnić brunet, a jego przyjaciel z przekonaniem pokiwał głową.
Pierwszoklasiści ruszyli szybkim krokiem szkolnym korytarzem w stronę swojego dormitorium. Niestety, ich limit nieszczęść tego dnia jeszcze nie wyczerpał się do końca i na swojej drodze spotkali swojego największego wroga – Scorpiusa Hyperiona Malfoy’a.
- Cóż za spotkanie – zaśmiał się na powitanie, obnażając przy tym swoje śnieżnobiałe zęby – O, widzę, że ktoś tu się popłakał, nie Jack?
Blondynek zacisnął tylko usta starając się nie zaatakować.
- Odczep się, Malfoy – rzekł Albus – Nie twoje sprawa, czy zrobił to, czy nie.
- Czemu? – spytał kpiarskim tonem – Chciałbym się dowiedzieć co się stało. Powiesz mi, nie Jack? – zaśmiał się krótko.
- Nie – odrzekł drobny chłopak – Chyba, że… – tu się chwilę zastanowił – Chyba, że powiesz mi, co Lucjusz Malfoy robi, żeby „przywołać cię do porządku”?
Scorpius zmrużył groźnie oczy i wrzasnął:
- Tego już za wiele, Morris. IMPEDIMENTO!!!
- Drętwota!
Albusowi udało się rozbroić wroga, ale ten niestety, szybko siłą odebrał mu różdżkę.
- Jack, idziemy – oznajmił Potter i – nie oglądając się na blondyna – obaj Gryfoni podążyli w stronę swojego dormitorium. Za sobą słyszeli jeszcze szydercze krzyki Malfoy’a:
- Brawo Potter!!! Widzę, że twój tatulek nie próżnuje! Nauczył cię już drugiego zaklęcia! I nawet nikt nie musiał cię tym razem ratować! Nie, no robicie postępy! Bo już się bałem, że będę musiał udawać, że naprawdę bije się z Morrisem! Chyba wyślę list do twojego ojca z podziękowaniem, albo lepiej dołączę się do jego fan clubu!!! Cha, cha!!!

 

—————————————————————————————————-

Hej! W końcu mi się udało przebrnąć okres świąteczny i wprowadzić trochę akcji (a w sumie to jest dopiero wprowadzenie do akcji, bo jej samej wcale nie ma aż tak wiele). I jak Wam się podoba? Chciałabym tez podziękować Wam wszystkim za te 306 komentarzy i prawie sześć tysięcy wejść (w chwili, w której to piszę jest ich 5995). Chciałabym też poprosić Was wszystkich, żebyście skomentowali ten post (nawet jeśli czytacie, ale nigdy nie komentowaliście). Chcę zobaczyć, ile Was jest. Tę notkę dedykuję przede wszystkim moim siostrom i Martynce ;33

54 „Czasem nawet potrafisz myśleć”.

Albus nigdy nie lubił sylwestra. Według niego całe to radosne odliczanie czasu do nadejścia nowego roku było po prostu idiotyczne. Tyle zachodu o to, żeby przewrócić kolejną kartkę w kalendarzu.
Jego rodzice jednak – jak co roku – zaprosili do siebie wujka Rona i ciocię Hermionę wraz z Rose i Hugonem. Młodszy z Potterów marzył jednak tylko o tym, żeby porwać kufel kremowego piwa i zaszyć się w kącie z jakąś dobrą książką. Szczególnie miał ochotę na „Zwierzątka są spoko”, którą dostał na Gwiazdkę od Hagrida. Niestety, panowie Potter i Weasley nie mieli zamiaru pozwolić swoim dzieciom chociaż na krótką chwilę wytchnienia. Harry ciągle prosił o coś swojego młodszego syna, argumentując, że jeśli nie ma ochoty się bawić, to nic mu się nie stanie, jeśli zrobi jeszcze kilka rzeczy.. Chłopiec znosił to przez jakiś czas, ale w końcu uznał, że ma dość. Było już piętnaście po jedenastej, a on nawet nie zdążył jeszcze usiąść.
- Tato? – spytał nieśmiało.
- Tak, Al? – Harry na chwilę przystanął, by złapać oddech. Był cały czerwony od potu i zmęczenia.
- Czy mogę wziąć ze sobą Hugo, Jamesa, Lily i Rose i pójść na górę?
- No dobra – zgodził się niechętnie ojciec – Ale macie nie przychodzić tu z byle powodów – powiedział, a brunet kiwnął głową i poszedł, by zgarnąć swoje rodzeństwo i kuzynostwo.

- Co chciałeś, Al? – spytała Rose, kiedy byli już w pokoju chłopca – Mam cię przepytać z historii magii? – wyciągnęła szybko z jego kufra odpowiednią książkę.
- Nie, dzięki – mruknął jedenastoipółlatek, gwałtownie cofając się – Po prostu chciałem się stamtąd wyrwać.
- Nom, totalne dno – odezwał się Hugo – Starzy w ogóle nie kumają, co to jest prawdziwy fun.
- Mówi się „rodzice”, a nie „starzy” – poprawiła go siostra, wymawiając ten ostatni wyraz z wyraźnym obrzydzeniem.
- To co robimy? – chciała wiedzieć Lily
James wpadł na pomysł.
- Wiesz co, Al? Nie obraź się, ale u ciebie jest śmiertelnie nudno, nie ma tego nastroju. Chodźmy do mnie – zaproponował, a raczej  zarządził.
- Ok – Albus ochoczo przystanął na tę propozycję. Może to wydawało się śmieszne, ale nie pamiętał, kiedy ostatnio był w pokoju starszego brata. To musiało mieć miejsce, gdy miał zaledwie trzy, może cztery lata.
Zastanowił się chwilę, jak też on może teraz wyglądać. To znaczy, meble pamiętał, łózko i kolor ścian też. Pewnie jest tam bardzo czysto i nie ma nawet żadnej drobinki kurzu na podłodze. W końcu, jeśli życie ma tak uporządkowane, to czemu i nie pokój?

- Wchodźcie – zaprosił ich do środka, a wtedy…
Wszystkie dotychczasowe wyobrażenia Albusa pękły jak bańka mydlana.
- To ma być twój pokój? – wyrwało się mu niestosowne pytanie.
- Tak. Tak można nazwać miejsce, gdzie śpię i trzymam większość swoich rzeczy – przytaknął, rozbawiony jego reakcją, rudzielec.
- Nie dziwię się, że mama każe ci to posprzątać – stwierdził.
- Naprawdę? – zdziwił się chłopak – Ale przecież tu jest czyściutko – stwierdził, szukając przy tym wzrokiem chociaż skrawka wolnego miejsca na podłodze.
Nie, nie było tragicznie. W gruncie rzeczy, dało się tam wytrzymać, ale – zdaniem Albusa – takie wnętrze nie pasowało do jego brata. Ale może właśnie ono najlepiej oddawało hołd temu, jaki jest James? Wiecznie zabiegany, nieposłuszny, szalony…nieokiełznany. Tak, nieokiełznany. Ubrania, które mama prasowała dwa dni temu, leżały jeszcze na krześle. Rudy zauważył, że Albus się na nie patrzy i wepchnął je szybko, byle jak do szafy. Na podłodze leżało pełno kartonów, kartek i gadżetów z MDW. Stolik nocny zawalony był cały książkami i gazetami.
- Siadajcie – polecił, pokazując im pościelone łóżko – No co się tak patrzycie? – zirytował się – Zimno wam? Mogę zamknąć okno – zaoferował.
- Nie, zostaw – poprosiła Rose, która – tak jak i reszta rodzeństwa – była zaskoczona tym, co przed chwilą zobaczyła.
- To co robimy? – spytała Lily.
- Tak właściwie, to nie mam pojęcia. -przyznał rudy, opierając się niedbale o swoje biurko, które służyło mu tylko i wyłącznie do tych celów.

- Dlaczego profesor Binns nie uczy już historii magii? – zaciekawiła się po chwili, ruda Gryfonka.
- A co? Nick już ci nie pasuje? – zdziwił się James.
- Nie, dobry jest, ale słyszałam, że Binns wymagał trochę więcej – tłumaczyła.
- Niestety, nie wiem, ale spróbuję się dowiedzieć czegoś konkretnego- stwierdził najstarszy z zebranych – Pani McLewis na pewno mi powie.
- A jeśli nie? – spytała dziewczynka. Widać było, że naprawdę martwiła się o byłego nauczyciela historii magii.
- To zostaje wujek Neville lub ciocia Luna – stwierdził Albus – Albo Bul – dodał po chwilowym namyśle.
- Bul! – James aż podskoczył – To jest myśl! Przecież on wszystko powie Jackowi!
- A niby skąd Jack miałby wiedzieć o Binnsie? – zdziwił się Albus.
- Podrzucisz mu „Historię Hogwartu”, mały – rzekł szybko rudy.

- James, znowu wygrałam!!! – krzyknęła Lily, która z nudów zaczęła grać z Hugonem w szachy czarodziejów.
- Niech ktoś skoczy po piwo – polecił Albus.
- Ja mogę pójść – zaoferowała się Potterówna.
- Nie, ja pójdę – zdecydował James – W końcu, nie wiadomo, co oni tam mogą robić – uśmiechnął się i szybko wyszedł z pokoju.
Po chwili wrócił z tacą pełną kremowego piwa. Był jakoś dziwnie zarumieniony.
- Coś się stało? – chciał wiedzieć brunet.
- Nie, ale radzę wam tam nie iść, jeśli nie musicie. Zostało pięć minut do północy – zmienił szybko temat – Chcecie oglądać pokaz sztucznych ogni?
- Spoko – zgodził się Hugo – Popaczamy sobie, co zrobili ci Mugole.
Cała piątka zaczęła się ubierać na dole.
- Gdzie idziecie? – spytała Ginny, matka Jamesa, Albusa i Lily.
- Wyjdziemy tylko przed dom popatrzeć – poinformował ją jej najstarszy syn.
- Dobrze, ale nie oddalajcie się zbytnio – wyraziła swoją zgodę Hermiona.
Ron uwolnił się z jej objęć i chwiejnym krokiem podszedł do wieszaka, zdjął z niego kurtkę.
- Ja z nimi pójdę – oznajmił twardo.
Albus jęknął cicho. Był pewien jednak, że nie tylko on to zrobił.
- Nie – zaprzeczył Harry – Ja mam więcej dzieci i muszę ich pilnować – stwierdził, popychając go na ścianę.
- O nie, Harry. Ty na pewno nie pójdziesz – powiedziała twardo – Ron, ty też nie – dodała Ginny, sadzając ich obu na kanapie – Ja z Hermioną wypiłyśmy mniej niż wy. To która? – spytała.
- Ja pójdę – oznajmiła szatynka – Ty masz u nich obu większy autorytet, Ginny. W końcu jesteś żoną i siostrą – mówiąc to szybko narzuciła na siebie płaszcz i założyła botki – No, wychodzimy – oznajmiła, wyprowadzając ich na dwór.

Na zewnątrz było ciemno i mroźno. Śnieg skrzypiał przyjemnie pod ciężkimi, zimowymi butami, a palce drętwiały, mimo iż były odziane w rękawiczki. Lily zaczęła aż dygotać.
- Zimno ci, kochanie? – spytała ciocia Hermiona – Zaraz pójdziemy do domu – oznajmiła i spojrzała w niebo zasłane chmurami, z których spadały wprost na ziemie delikatne zimowe gwiazdki. Coraz to piękniejsze petardy rozświetlały niebo oraz twarze szczęśliwych dorosłych i zafascynowanych wspaniałym pokazem dzieci.
Albus bardzo lubił sztuczne ognie. Szczególnie ten moment, kiedy powoli spadały, wygasając przy tym. Zawsze miał wtedy wrażenie, że  są na wyciągnięcie ręki.
Szóstka czarodziejów stała napawając się tym wprost nieziemskim widokiem, aż nagle Hermiona oznajmiła twardo głosem nieznoszącym sprzeciwu.
- Idziemy, zimno już jest. Do tego widzę, że nie tylko Lily marznie, prawda Rose? – spojrzała karcąco na swoją córkę ubraną w wąziutkie rurki i superkrótką kurteczkę.
- Mamo, mówiłam ci już, że ja tak zawsze… – zaczęła się tłumaczyć, ale przerwał jej starszy kuzyn, James.
- No, w szkole to rozumiem, ale w domu? Nie martw się, ten (jak mu tam?) Scorpius (?) cię nie zobaczy.
- Scorpius? -  spytała szatynka – Coś mi mówi to imię, czyżby to był młody Malfoy?
- Tak, ciociu – uśmiechnął się tryumfalnie rudy.
- Rose, masz coś z nim wspólnego?
- Nie – spuściła głowę dziewczynka i przysięgła sobie w duchu, że któregoś dnia zemści się na Jamesie.
- No mam nadzieję – rzekła jej matka – Malfoy’owie to naprawdę podejrzane towarzystwo. Nie powinnaś się z nimi zadawać.
Ruda przytaknęła niechętnie. Nie cierpiała, kiedy mama mówiła jej, co ma robić. W końcu to było jej własne życie i to ona miała prawo decydować z kim chce się spotykać, a z kim nie. Zwłaszcza, że wcale nie lubiła Scorpiusa.
Znaczy, musiała przyznać, że był ładny. Ale co mu po urodzie, skoro większego chama, to w życiu nie spotkała? Szczególnie, po tym ostatnim jego stwierdzeniu, że „wyjątkowo udała się swoim plugawym rodzicom”, naprawdę dużo stracił w jej oczach, a na początku wcale nie chciała się z nikim kłócić.

Było około jedenastej rano pierwszego dnia roku. Jako pierwszy – jak zwykle zresztą w domu Potterów – wstał James, który stał sobie teraz wygodnie oparty o blat kuchenny i popijał zieloną herbatę, trzymając kubek w charakterystyczny dla siebie sposób, obejmując ucho od zewnętrznej strony i podtrzymując dno kciukiem oraz małym palcem1. Do pomieszczenia weszła Ginny ubrana w miękki szlafrok i koszulę nocną, na głowie miała wałki.
Rudy zupełnie nie rozumiał upodobania jej do chodzenia przez pół dnia w piżamie. Sam był już ubrany i gotowy do ewentualnego wyjścia.
- Cześć, mamo – przywitał się kulturalnie.
Kobieta popatrzyła na niego podejrzliwie.
- James, zaraz wywalisz ten kubek i się zbije – przestrzegła na „dzień dobry”.
No cóż, dla niewprawionych takie trzymanie kubka mogłoby okazać się zgubne, gdyż było, szczerze mówiąc, nieco niestabilne. Młody Potter jednak potrafił nad wszystkim doskonale panować i był pewien, że nic się nie zbije, dlatego też starał się uspokoić swoją rodzicielkę.
- Spokojnie, mamo…
Niestety, do kuchni wpadł zaaferowany Albus. Widać było, że miał do przekazania jakąś ekscytującą nowinę. Nie zdążył jednak wyhamować i wpadł z impetem na starszego brata, tak, że trzymany przez niego w ręce kubek, spadł i rozbryznął się w drobny mak na podłodze.
James stał przez chwilę, wpatrując się bezradnie w kupkę odłamków szkła leżącą na ziemi. Starał się panować nad sobą, ale nie wytrzymał i wrzasnął, stawiając na nogi wszystkich domowników, którzy przybiegli, by sprawdzić, co się stało.
- AL!!! Rozbiłeś mój ulubiony kubek!!!
Albus natychmiast poczuł, że musi się jakoś bronić.
- Ty go trzymałeś!
Ginny postanowiła wkroczyć do akcji, zanim burza rozpęta się na dobre.
- Albusie, tak nie można – zganiła młodszego z nich – Ale ostrzegałam cię, James, więc to ty musisz posprzątać – zdecydowała.
Wysoki chłopiec popatrzył na nią błagalnie swoimi wielkimi, zielonymi oczami w kształcie migdałów.
- Nie, mamusiu – powiedział – Nie muszę. Przecież wystarczy tylko machnąć różdżką.
- Dobrze wiesz, że mogą cię za to wywalić z Hogwartu – stwierdziła matka.
- Wiem, mamusiu, wiem – przytaknął rudy – Ale to przecież nic trudnego, nie zajmie to dużo czasu – próbował przekonać rodzicielkę, by zrobiła to za niego. Zazwyczaj mu się udawało, ale tego dnia pani Potter była wyraźnie w złym humorze. Albus zaczynał żałować, że nie wyhamował w porę.
- Właśnie o to mi chodzi. Posprzątaj bez użycia magii – pokazała synowi szafkę, w której leżała szczotka. James jednak nie ruszył się z miejsca, tylko słodkim głosem powiedział:
- Ale mamusiu, wiesz, jak ja cię mocno kocham…
Kobieta wyprostowała się, położyła ręce na biodrach i zimnym jak lód tonem przemówiła.
- Myślisz, że dam się nabrać na te twoje sztuczki? O nie, mój drogi. SPRZĄTAJ, ALE JUŻ!!! – to ostatnie zdanie wykrzyczała tak, że szyby w oknach zatrzęsły się.
Rudy, nieco oszołomiony wybuchem matki, pokornie schylił się, wziął szczotkę i zabrał się za zamiatanie.
Ginerva powiedziała cicho do swojego męża:
- Chodź do pokoju, porozmawiamy.
Mężczyzna nie sprzeciwiał się i poszedł razem z żoną.

Kiedy dzieci zostały same, a James dokończył zamiatanie, zapytał Albusa:
- Co takiego chciałeś mi powiedzieć?
Chłopiec zdziwiony tym, że brat bezbłędnie odgadł, co ma zamiar zrobić, odparł:
- Przeglądałem Proroka Codziennego i było tam parę interesujących artykułów. Myślę, że wiem, gdzie jest profesor Binns.
Wyjął gazetę i otworzył ja na szóstej stronie. Rudy spojrzał na wielki nagłówek. Czarnymi literami napisane tam było: ,,Tajemnicze zniknięcia duchów”.
 Ostatnimi czasy coraz większa liczba duchów znika bez wieści. Nie byłoby to niepokojące, gdyby nie fakt, iż zaginął także wspaniały i szanowany nauczyciel historii magii w Hogwarcie, profesor Binns. Zapytaliśmy o to dyrektora szkoły, profesora Trąbala Bulberdorta i oto, co nam powiedział w tej sprawie:
„Proszę nie mieszać się w sprawy szkoły. Wszystko jest pod kontrolą. Kto uczy w Hogwarcie, to sprawa tylko i wyłącznie dyrektora tejże szkoły”
 Po tej bardzo uprzejmej odmowie udzielenia nam informacji wyruszyliśmy na dalsze poszukiwania. Spytaliśmy ser Nicolasa de Mimsy Porpingtona, dlaczego uczy historii magii  z zamiarem pozyskania jakichkolwiek istotnych informacji.
„Uczę, bo mnie o to poproszona. Właściwie, to dlaczego miałbym nie uczyć?”
 Jak widać, wszyscy bagatelizują sprawę zniknięcia profesora Binnsa.
 My jednak rozpoczynamy śledztwo, o którego wynikach będziemy na bierząco Państwo informować na łamach Proroka Codziennego.

- No i? Co z tego wywnioskowałeś? – spytał James – Czy tylko tak sobie wbiegłeś na mnie, bo chciałeś rozbić mój kubek?
Nadal nie wybaczył tego bratu. Przecież miał prawo się trochę na niego pogniewać.
- Myślę, że ma to jakiś związek z Kryształem – wypalił młody.
- Ale dlaczego miałoby mieć? – zdenerwował się starszy z nich.
- No ma – stwierdził Albus – Uwierz mi, wszystko układa się w logiczną całość.
- Niby jaką całość? – dwunastoipółlatek – jak zawsze – był sceptycznie nastawiony do pomysłów brata.
Po prawie dwunastu latach życia w cieniu życia w cieniu Jamesa, wyśmiewającego każdy jego krok, Al miał zaniżoną samoocenę. Jednak tym razem postanowił się nie poddawać i dociągnąć sprawę do końca.
- Muszę o coś zapytać tatę – oznajmił krótko.
- Nie możesz, bo teraz leży – odpowiedział starszy z nich z cieniem satysfakcji w głosie.
- A czemu?
- Bo go głowa boli – rzekł, ale Al był pewny, że to nie był zwykły ból głowy spowodowany porannym kacem, ale raczej pulsujący ból blizny – pamiątki po zaklęciu rzuconym przez potężnego czarnoksiężnika – Lorda Voldemorta.
Dlatego też brunet pobiegł szybko do pokoju mężczyzny.
- Tatusiu? – spytał cicho.
- Nie teraz, Al – próbował go spławić ojciec – Głowa mnie boli – dodał i złapał się za nią. Nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, iż muskając palcami miejsce, gdzie miał swoją sławną bliznę, jeszcze bardziej się skrzywił.
- Boli cię blizna? – chciał wiedzieć młody.
- Ależ skąd?! – obruszył się Harry i próbował wstać z łóżka, ale zwyczajnie nie dał rady tego zrobić.
- Ona boli tylko wtedy, kiedy Voldemort jest w pobliżu, prawda?
- tak, dlatego mnie nie boli – rzekł mężczyzna – Przecież wiesz, że go ZABIŁEM.
Z niemałym trudem przewrócił się na drugi bok i zamknął oczy, informując tym syna, że nie ma ochoty na dalsze dyskusje.
Nie musiał, Albus i tak już dowiedział się tego, czego chciał.

- I widzisz, James? – spytał, kiedy tylko zamknął za sobą drzwi – Voldemort nadal żyje.
- No, niech ci będzie – przyznał niechętnie rudy – Czasem nawet potrafisz myśleć – stwierdził, a mały się lekko uśmiechnął – Ale nie ciesz się, nadal nie rozumiem, po co mu profesor Binns?
- W Historii Hogwartu było coś takiego. Nie pamiętam dokładnie, jak to szło, ale chyba można pobierać z duchów energię – wyjaśnił Albus.
- Może i tak – wzruszył ramionami starszy z nich – Nie wiem, nie czytam takich głupot. Ale jeśli tak jest, to kto będzie następny? – chciał wiedzieć.
Na to pytanie jednak nikt nie znał odpowiedzi. No, może poza samym Czarnym panem, ale tak naprawdę nikt nie mógł wiedzieć, czy on w ogóle żyje.
Nawet ci, którzy zwani byli popularnie Śmierciożercami, nie dostali żadnej wiadomości o rzekomym powrocie ich przewodnika.
Niektórym było to nawet na rękę, ale inni… chcieli, by powrócił tylko ze względu na tych pierwszych. Jeśli tylko ma to jakikolwiek sens…
———————————————————————
1 Tak, da się trzymać kubek, jak opisałam. Pomysł naszedł mnie na moim pierwszym WOSie i od razu go spisałam, a potem przetestowałam w domu. teraz też tak trzymam kubek, a wszyscy dziwią się, że tak w ogóle się da.

—————————————————————————————————–

Hej, kochani!

Ta notka kończy, a zarazem zaczyna pewien etap w pierwszej części tej powieści. Jak już się przekonaliście, nie była taka „grzeczna” jak poprzednie, ale starałam się, żeby też nie była zbyt „ostra”, bo w końcu to powieść o jedenastolatku ;p

Wpis dedykuję wszystkim, którzy wczoraj byli ze mną, czyli: Georgeowi, Weronice, Patrycji, Gosi, Kasi, Czarnuchowi, Hermionce, Draconce i Martynce <3

Chyba o nikim nie zapomniałam ;p

53 „Babcia krzyczy, żeby wstawać”

- Chłopaaaaaaakii!!!
Potworny wrzask postawił Albusa na nogi. Dobiegał on zza drzwi i chłopak był prawie pewien, że jeszcze śpi. Mimowolnie jednak podniósł się ze swojego wygodnego i ciepłego śpiworka i otworzył zaspane oczy. Niestety, jego obawy sprawdziły się. Był już poranek. I to dość późny, sądząc po tonie głosu jego babci.
- Teddy! – wrzasnęła – Obudź no chłopaków! Mieliście przecież sprzątać dom!
Al szturchnął delikatnie swojego starszego brata, Jamesa w ramię. Rudy podniósł nieznacznie głowę i spytał:
- Czego chcesz, Al?
- Babcia krzyczy, żeby wstawać – wyjaśnił mu brunet.
- Już? – szczerze zdziwił się Potter – Która godzina? – zerwał się na równe nogi i popatrzył wyczekująco na drzwi.
- Za pięć dziesiąta – odezwała się kobieta stojąca za nimi – Teddy jeszcze śpi?! – niedowierzała.
- Tak, babuniu – przemówił łagodnie, jak to tylko on umiał, Al – Obudzę go zaraz.
- Obudź od razu wszystkich, Albusku.
- Dobrze – westchnął chłopak, który nienawidził babcinego „Albuska”. Chyba gorsze było tylko mamijne „Albusik”, „Albusiczek”. Co jego ojcu strzeliło do głowy, by nazwać syna Albusem Severusem?
Jedenastoipółlatek posłusznie podszedł do Lupina i potrząsnął nim porządnie.
- Dziesiąta – rzucił – Babcia każe wstawać.
- Dź…dziesiąta?! – zdumił się Teddy – To niemozliwe, nie mógłbym tyle spać!
- Udało ci się jednak – stwierdził Al.
- Chłopaki jeszcze śpią?
- Tak – poinformował go brunet – Ale budzimy ich już. Hugo! Czas do roboty! – wrzasnął.
- Yo, Al – przywitał się dziewięciolatek – Jeszcze ciemno na dworze, a my już musimy zapierdalać do roboty? – wkurzył się.
- Wyrażaj się, młody, bo w końcu twoi rodzice dowiedzą się o wszystkim – warknął na niego Teddy, który bardzo nie lubił, kiedy Weasley tak szpanował.
- Luzik – mruknął szatynek, a brunet spojrzał w przeciwny kąt strychu. Darius i Stark właśnie podnosili się ze swoich spiworów.
- Siemanko! – przywitali się równo.
- Cześć.
- Za dziesięc minut macie być na dole – powiedziała surowo babcia Weasley, stojaca nadal za drzwiami i dopiero wtedy zeszła powoli po schodach.

- Jezu, co za dzień – jęknął z minął męczennika, Stark, kładąc się w ubraniach na swoim śpiworze.
- Nom. Już bardziej badziewnej roboty wymyślić się nie dało – stwierdził Hugo, który pamiętał jeszcze, że Teddy nie pozwolił mu przeklinać i zagroził, że powie o tym jego rodzicom, a tego wcale nie chciał.
- Wiecie? Najchętniej tobym teraz się położył i spał przez tydzień – oznajmił Darius, padając obok blondyna.
- A, to nic nowego – skwitował Lupin – Ale muszę przyznać, że i ja jestem wykończony.
- Myślcie pozytywnie – polecił James, skacząc po pokoju – Jutro święta.
- Ja nie chcę świąt – warknął Albus – Chcę spać.
- Nie rozumiem was – oznajmił rudy, który widocznie miał jakiś atak niezdiagnozowanego ADHD – Ja tam jeszcze bym coś zrobił.
- To ja cię nie rozumiem – mruknął Ted – Przecież robiłeś tyle, co my wszyscy.
- I co?
- Niczego nie brałeś? – spytał ostro.
- Nie, przecież mnie znasz – uśmiechnął się Potter.
- Właśnie dlatego pytam, znam cię – wyjaśnił Lupin.
- Nie, nic nie brałem – powtórzył chłopak – Często mam tak – dodał.
- Pierwsze oznaki wykończenia – wyrecytował Teddy.
- Tak, tak, tak – powtórzył kilka razy James – Idź ty lepiej spać, bo już halucynacje masz - polecił, rzucając w niego poduszką.
Chłopak nie odrzucił jej, tylko połozył na niej głowę. Trudno, sam tego chciał i tej nocy będzie mu trochę twardo pod głową.
- Nie żartowałem, tylko cię ostrzegłem. Twoje sprawa, jak to potraktujesz, dobranoc – rzucił i przewrócił się na drugi bok, by spokojnie zasnąć.
Inni chłopcy poszli w jego ślady, bo też byli bardzo zmęczeni. Jedynie Albus nie mógł zasnąć. Leżał i myślał o tym, dlaczego ten Kryształ był taki ważny i komu by chciało sie go zabierać.
- James, śpisz? – spytał po kilkunastu minutach, kiedy poczuł, że musi koniecznie z kimś pogadać.
- A jak myślisz? – zirytował się rudy – Oczywiście, że nie. Chcesz czegoś?
- Tak, zastanawiam się nad tym Kryształem – oznajmił.
- Jejku, martwi cię jakiś tam Kryształek? – uśmiechnął się kąśliwie starszy brat – Moim zdaniem, to zachowanie Bula zasługuje na większą uwagę. Gościo zjawia się praktycznie z nikąd i nagle oświadcza, że jest dziadkiem Jacka…
- Jest dziwny – stwierdził brunet.
- Mało powiedziane – rzekł James – Ale wiesz, nie chcę jakoś dzisiaj o tym myśleć – przyznał – Chodźmy lepiej spać, bo jutro znowu nie wstaniemy.
- No, ok – zgodził się Al, ale wiedział, że szybko nie zaśnie – Branoc.
- Branoc.

- Wesołych świąt, Al!!! – chłopak usłyszał życzenia wykrzyczane prosto do jego ucha.
- James! – zganił brata, siadając na swoim śpiworze – Nie mógłbyś trochę ciszej? – spytał.
- Nie – odpowiedział rudy, otwierając okno tak, że góra śniegu spadła brunetowi prosto na głowę.
- Zwariowałeś?! – wkurzył się nieco. W końcu chyba nikt nie lubi mokrych i gwałtownych pobudek.
- Nie, ale muszę wysłać życzenia świąteczne do Matta i Diany – oznajmił chłopak i spróbował wypuścić Scherza na dwór. Sówka jednak straszliwie wzbraniała się i pohukiwała żałośnie – Nie wygłupiaj się – rozkazał pierworodny syn Harry’ego -Lecisz – mówiąc to wypchnął ją na zewnątrz i szybko zamknął okno – No, kłopaot z głowy – westchnął.
- Wesołych świąt – powiedział Teddy, przeciągając się na swoim śpiworze.
- Wesołych – odpowiedzieli naraz Darius i Stark.
- Hugo śpi? – chciał wiedzieć Lupin.
- Tak – poinformował go Albus – Obudzę go – zaoferował.
- Nie – zatrzymał go brunet – Zrobię mu małego Dyngusa – usmiechnął się łobuzersko i – nim Al w ogóle zdażył cokolwiek mu odpowiedzieć – przyniósł z łazienki wiadro pełne lodowatej wody.
- Głupi jesteś – warknął Potter, ale ten go nie słuchał.
- Wesołych świąt, Hugo! – wrzasnął i wylał na niego zawartość trzymanego w ręce wiadra.
Dziewięciolatek obrzucił kuzyna zagniewanym spojrzeniem i odrzekł sucho:
- Nawzajem – kierując się w stronę łazienki.
Chłopcy jednak wcale nie przejęli się tym, że najmłodszy z nich nie zna się na żartach i obraził sie na nich. Szybko się ubrali, jako tako ogarnęli i zbiegli po schodach na dół, śpiewając, a właściwie, to wyjąc, głośno ich ulubioną kolędę, czyli „Do szopy, hipogryfy”.
Cała rodzina juz tam była i czekała tylko na nich.
- Wesołych świąt!
- Wzajemnie, chłopaki. Chodźcie do stołu, bo herbata juz stygnie – powiedziała Molly Weasley.
- A gdzie jest Hugo? – zainteresowała się Hermiona Weasley.
- Gdzieś na pewno – mruknał wymijająco Darius – Raczej się tu nie zgubił.

- Jestem, mamo.
Po schodach zszedł powoli mały chłopczyk z mokrymi jeszcze włosami, odziany w piekną, rózową koszulę.
Wszyscy czarodzieje poniżej dwudziestego roku życia parsknęli śmiechem.
- Moim zdaniem Hugo wygląda bardzo ładnie – zaczęła jego matka – nieprawdaż, Mężulku Ronulku?
Ronald zamknał na chwile oczy i oświadczył:
- Ależ oczywiście, moja Żonko Hermionko1.
Zabrzmiało to rzeczywiście bardzo przekonująco, ale nikt tak naprawdę nie zwrócił uwagi na te dwa pierwsze słowa. Wszyscy bardziej przejęli się tym „Mężulkiem” i „Żonką”. Pani Weasley postanowiła nawet odpuścić sobie i nie zwrócić uwagi Jamesowi i Dariusowi, którzy udawali, że zwracają do talerza.
- A może by ktoś tak rozpakował prezenty? – spytał dziadek, by tylko przerwać tę niezręczną sytuację, wskazując ogromnych rozmiarów rozmiarów choinkę, pod którą piętrzyły się rozmaite pudełka zostawione wcześniej przez różnych członków rodziny w osobnym pomieszczeniu specjalnie do tego przeznaczonym.

Albus dostał w tym roku – jak zwykle – mnóstwo prezentów. Na początku otworzył ten od babci i dziadka. Tradycyjnie, dostał sweterek z wielką literą „A” na przedzie. W tym roku w kolorze niebieskim. Założył go, bo dobrze wiedział, że i tak potem nie będzie go nosił. Zrobili tak też wszyscy pozostali członkowie rodziny.
- Juhu! Mam zielony! – wykrzyknął uradowany (?) James, podnosząc swoje ubranie do góry, by wszyscy mogli je zobaczyć.
- A ja – liliowy – usmiechnęła się Lily.
- Znowu kasztanowy – mruknął zawiedziony Ron, a jago żona, Hermiona, roześmiała się.
Brunet zaczął ogladać również inne podarunki. Od rodziców dostał ksiażkę „Quidditch przez wieki” i zestaw do konserwacji miotły. Jednak nie zmiekli – pomyślał gorzko. Ogólnie został obdarowany mnóstwem książek, na przykład najnowszym wydaniem dzieła „O głupotach Mimisterstwa Magii”, „Jak żyć z ukąszeniem wilkołaka” (autorstwa Billa Weasley’a), „Smoki w Bługarii” (s serii „Smoki świata”), „Zwierzątka są spoko” wiadomo, od Hagrida, czy „Historię Hogwartu” (ciocia Hermiona). Wujek George i James, ku wielkiej uciesze chłopca, podarowali mu półroczny zapas gadżetów z MDW. Hugo natomiast sprezentował kuzynowi dziwną książeczkę, w której były zapisane dziwne, pojedyncze wyrazy w porządku alfabetycznym.
- Co to jest? – spytał Albus.
- Proponuję zerknąć na okładkę – poradził Hugo.
- Hmm.. „Słownik wulgaryzmów” – przeczytał na głos Potter – Nadal niewiele mi to mówi.
- To wspaniała rzecz – zapewnił go szatynek – Zobacz – otworzył go – Są tu wszystkie brzydkie słowa, jakie istnieją w naszym kraju.
- Super – usmiechnał się Gryfon i wrócił do przeglądania podarków.
Na szczególną uwagę zasługiwał z pewnością prezent od jego ojca chrzestnego, Ronalda. Było to takie jekby pudełeczko wielkości palca serdecznego, a do niego przytwierdzone były diwe kuleczki na słupkach, połączone jakimś sznurkiem. Chłopak zastanawiał się, co to może być. Tajemniczy napis „MP3″ nic mu nie mówił, a tylko dodatkowo pobudzał jego ciekawość. Postanowił pokazać to ustrojstwo dziadkowi, on na pewno będzie wiedział, co to jest.
- Dziadziu, do czego to służy? – spytał, podsuwając mu pod nos to pudełeczko.
- Ach, to empetrójka! – wykrzyknął ucieszony staruszek – Zobacz, to wkładasz do uszu, a to naciskasz i już! – usmiechnął się – Muzyka leci, ale inni jej nie słyszą.
- Fajne – przytaknął brunet – Że też ci Mugole mają tyle sposobów na obejście się bez magii…

Reszta dnia upłynęła na wesołych rozmowach, spiewaniu kolęd, a wieczorem – na nieudolnych próbach zabrudzenia swoich sweterków.
- Harry, jak myślisz, czy jeśli jakaś osoba, która umarła dosyć dawno, ale młodo i niespodziewanie, zostanie wskrzeszona, to zechce ona wrócić na ziemię do żywych, czy raczej nie? – spytała przyciszonym tonem Paulina, kiedy tylko jej mąż, George opuścił miejsce obok niej.
Rany, ona nigdy nie da za wygraną – pomyślał Harry, nakładając sobie na talerz porcję sałatki z tuńczykiem i starając się, by ona „całkiem przypadkiem” spała mu na sweterek w kolorze świerzo zmielonej kawy.
- Nie wiem, nie znałem Freda aż tak blisko. Zapewne jednak będzie chciał wrócić ze względu na George’a – uśmiechnął się do blondynki -  Ostrzegam jednak, że mogą pojawić się jakieś problemy, ale nie wiem jakie – wyprzedził jej pytanie.
niestety, niechcący zachwiał sie i wylał cały kufel piwa kremowego prosto na śliwkowy sweterek Pauliny.
- Przepraszam najmocniej – powiedział i podał jej serwetkę (w normalnych warunkach mógłby usunąć plamę zaklęciem, ale w końcu wcale nie chciał tego robić).
- Ależ nic się nie stało – usmiechnęła się kobieta – Przynajmniej mam problem z głowy.
Potem podeszła do Fleur, zony Billa, która bardzo starała się pobrudzić sokiem dyniowym.
- Pomogę ci – zaoferowała i wzięła od niej szklankę, „przypadkiem” ochlapując jej brzoskwiniowy sweterek.
—————————————————————————————————–

1 – przepraszam, nie mogłam się powstrzymać. To taki odpał z siostrą w wakacje ;p

——————————————————————————————————

Hejka!

Długo mnie nie było, wiem. Ale tamten rozdział był długi, chciałam, żebyście mieli trochę czasu na przeczytanie go ;p Ten jest o wiele krótszy, ale kończę nim już święta ;p

52. „Spoko”

- Mówiłem ci, że nie potrafisz go wychować!
Scorpius siedział na łóżku w swoim pokoju i podsłuchiwał rozmowę ojca z dziadkiem. Szczerze, to miał nadzieję, że nie będzie musiał tego robić, ale okoliczności go do tego zmusiły. Chciał tylko odpocząc sobie w święta, ale w sławetnym i starożytnym rodzie Malfoy’ów było to chyba niemożliwe. Przynajmniej nie dla niego. A to wszystko przez Lucjusza, bo jedenastolatek nie nazywał go w myślach dziadkiem, który wspaniałomyślnie zrezygnował ze świątecznej premii i wrócił do domu na święta, by – jak powtarzał od kilku już dni – pilnować tego rozwydrzonego dzieciaka. Tylko patrzeć, aż weźmie go gdzieś, gdzie bedą sam na sam i… Nie, nie używał zaklęć, przecież to zabronione, ale to co robił mogło śmiało być przyrównywane do Cruciatusa.
Chłopiec całkiem niespodziewanie usłyszał ciche pukanie do drzwi. Postanowił nie otwierać.
- Ocho, zaczęło się – zaklął w duchu i podciągnął kolana pod brodę.
Wiedział, że powinien otworzyć, bo jeśli tego nie zrobi, sprowadzi na siebie jeszcze większy gniew, ale jakoś nie miał siły.
- Alochomora – powiedziała osoba stająca za drzwiami, a której Scorpius zupełnie się nie spodziewał, gdyż nie był to wcale Lucjusz Malfoy.
- Scorpiusie, wchodzę – chłopiec dobrze znał ten głos, słyszał go już wiele razy.
Natychmiast przyjął obojętną i nieco znudzoną pozycję (a przynajmniej zdawało mu się, że przyjął), a w jego pokoju pojawił się nikt inny, tylko jego ojciec, Dracon.
- Synu, wytłumacz mi swoje zachowanie – polecił, stojąc w progu.
Chłopak nie był w stanie odczytać jego intencji, więc siedział niewzruszony ze wzrokiem utkwionym w ścianie.
- No, czekam…
Blondynek nadal się nie odzywał.
Zrobił kilka kroków do przodu i zamkną za sobą drzwi.
- Jestem twoim ojcem – zakomunikował mu – Możesz mi mówić o wszystkim.
Teoretycznie,tak – pomyślał, ale dziadek nauczył go, że nikomu niepowinien okazywać jaki jest słaby.
- Scorpiusie, odezwij się do mnie – zarządał Dracon – Powiedz cokolwiek, jak tam w szkole? – jego głos stawał się coraz bardziej rozpaczliwy, ale syn wcale nie miał zamiaru nic mu mówić – Mów coś, proszę – dodał to chwili.
To ostatnie słowo przeważyło całą sytuację. Dotychczas o nic syna nie prosił, a tylko rządał. Młody nie chciał jednak powiedzieć prawdy, za bardzo się bał.
- Spoko – mruknął starając się nie patrzeć mu w oczy. Wcale nie chciał okłamywać własnego ojca.
- Tylko spoko? – zainteresował się blondyn – Masz może jakiś znienawidzonych nauczycieli, czy coś? Ja miałem…
- Nie – odparł krótko. No, oprócz mojego własnego dziadziusia – dodał w myślach.
- Nikt ci nie dokucza? Nie żebym coś podejrzewał, w końcu jestes Malfoy’em, ale czy wszyscy są wobec ciebie w porządku?
- Tak – mruknął powtarzając w myśli ostatnie zdanie i kuląc się nieznacznie.
Dracon musiał to zauważyć, bo zrobił coś, czego nigdy dotąd w całym swoim życiu nie zrobił.
Przeszedł parę kroków odsuwając się od drzwi, by znaleźć się dostatecznie blisko łóżka należącego do syna. Po czym kucnął przy tym meblu i wziął drobne ręce Scorpiusa w swoje dłonie.
- Scorpiusie Hyperionie – zaczął – Wiesz przecież, że nie musisz przy mnie kłamać…
Chłopiec, oszołomiony bliskoscią swojego ojca, kiwnął głową.
- Powiedz więc, czy masz jakieś problemy?
- Nie – trzymał się swojej wersji, wiedząc, że jest mało wiarygodny, ale nie mogąc nic na to poradzić.
- Może coś nie tak z nauczycielami, z dziadkiem? Nie przejmuj się, on taki już jest…
Blondyn nie wiedział, co ma powiedzieć. Jeśli by wyjawił chociaż kawałek tej okrutnej prawdy, to Lucjusz mógłby się dowiedzieć i zrobić mu coś gorszego niż dotychczas. Jeśli jednak skłamałby, to na zawsze straciłby szansę na to, że będzie miał jeszcze kiedyś normalną relację z ojcem. Bardzo zazdrościł tego Albusowi i właściwie, to głównie dlatego prowadził z nim wojnę. Z czystej zazdrości. Scorpius z ciężkim sercem i przekonaniem, że taka okazja już więcej się nie przydaży, odpowiedział:
- Nie tato, wszystko w porządku. Po prostu jestem trochę zmęczony – słaba wymówka, ale chciał się jakoś usprawiedliwić, żeby chociaż trochę złagodzić wyrzuty sumienia, jakie już zaczynały go dręczyć.
Dracon nie zwrócił jednak na to uwagi. Usłyszał coś i dziwnie się obruszył. Nagle wstał.
- Nie jesz dzisiaj kolacji – rzekł lodowatym tonem i – nie patrząc nawet na syna – wyszedł z pokoju…

***

- Wygraliśmy, więc czekamy – powiedział James, uśmiechając się szeroko.
Było dziesięć minut po pierwszej w nocy i zgrzani, ale zadowoleni chłopcy świetowali swoje wielkie zwycięstwo.
Dziewczyny milczały ze wzrokiem utkwionym w podłodze, tudzież w ścianie, bądź w suficie. Wcale nie miały ochoty niczego im wyjawiać. Po kilkunasto, czy kilkudziesięciu sekundach takiej bezczynności, Billie nie wytrzymała i zaproponowała:
- Wiecie, to może ja zacznę… W końcu raz się żyje, nie? – uśmiechnęła się blado, myśląc, że to wcale nie będzie takie trudne.
- Jasne, że tak – zgodził się z nią rudy – Zanim jednak powiesz cokolwiek, wypij to – podał jej maleńki kieliszek, do którego nalał trochę jakiejś dziwacznej substancji.
- Co to jest? – spytała, podejrzliwie przygladając się to chłopcu, to naczyniu.
- Sebum prawdy, sam je przyrządziłem – pochwalił się – Chyba nie myslałyscie, że dam wam się uszukać, co? – spytał.
- Hmm… – zamyśliła się Weasley’ówna – Prawdę mówiąc…
- Mniejsza z tym – przerwał jej Teddy – Czy to na pewno jest bezpieczne? – chciał wiedzieć.
- Tak, jestem tego pewien – uspokoił go James – A teraz pij, kochana – zwrócił się do kuzynki – Ja stanę obok i będę pilnować, żebyś przypadkiem tego nie wylała.
Billie popatrzyła z niepokojem po pozostałych dziewczynach i wysoko podniosła kieliszek.
- A co mi tam? – spytała siebie samą – Piję! – mówiac to jednym łykiem opróżniła całe naczynie.
Starszy syn Harry’ego usmiechnał sie do niej uspokojająco i zaczął.
- Ok, Billie, ten eliksir jest niestety słaby, ale specjalnie taki uwarzyłem, żeby mnie nic nie korciło. Na jedno pytanko wystarczy. A więc, który chłopak chodzący do Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie ci się podoba?
Zadał pytanie tak, aby kuzynka nie miała mozliwości wybrnięcia z niego i nie skłamania, inteligentne.
- Kevin Cymbals jest boski – powiedziała szybko blondynka, niemalże natychmiast się mocno rumieniąc – Co ja powiedziałam? – spytała po chwili.
- Nic ważnego – usmiechnął się rudzielec – Zapomniałem was poinformować, że to nie jest taki eliksir jaki znacie z lekcji. Przepis znalazłem w bibliotece, w dziale ksiąg zakazanych i trochę go udoskonaliłem – pochwalił się – Dobrze, Charlie, teraz twoja kolej – podszedł do dziewczyny i podał jej nową porcję.
Cierpliwie poczekał aż wypije do końca i spytał:
- Który chłopak chodzący z tobą do szkoły ci się podoba?
Cóż, im prościej, tym lepiej, ruda jednak nie doceniła tego sposobu i próbowała walczyć z działaniem specyfiku. Potter uśmiechnął się do niej łobuzersko, gdyz wiedział, że dziewczyna nie wytrzyma długo, ale on zawsze może jej jeszcze w tym nieco przeszkodzić.
- Ash Blocked – poddała się.
Nawet Albus wiedział, który to Ash, starszy brat Barta, z którym chodził do klasy, a który nie mógł zapamiętać, że różdżki nie powinno się przechowywać w kieszeni jeansów. Przynajmniej nie na lekcjach pani Lovegood.
- Ash to ten kujon? – chciał się jeszcze upewnić, a brat mu przytaknął.
- Świetnie, jedna kujonka, druga pokemona, ciekawe co wymyśli trzecia?
- Dawaj, a nie gadasz. Chcę mieć to już za sobą – przyznała najstarsza z dziewczyn.
- Ok, mam jeszcze prostrzą formę – ucieszył się – W którym uczniu Hogwartu jesteś zakochana?
- Ja… nie powiem wam tego, nigdy – przygryzła wargę.
- No dalej, Al, w kim się kochasz? – zachęcał ją James.
- Nie jestem Al – poprawiła go piętnastolatka, blednąc dziwnie na twarzy.
- Wiem, że boli. Przestanie, jeśli powiesz – próbował pocieszyć ją kuzyn.
- Marne mi pocieszenie – mruknęła Alastora – Ale powiem wam, niech będzie. Jego nazwisko brzmi… – próbowała jeszcze nieco przeciągnąć – Sone, Aaron – dodała cichutko, ale tak, że pozostali dobrze ją usłyszeli.
- On? – zdenerwował się Teddy – Przesadziłaś, kochana!
- Oj, weź, Ted – zatrzymała go Rose – Mogła nam tego nie mówić.
- Nie mogła – sprostował James – Silna jest, ale nie mogła – wszyscy na chwilę zamilkli.
- Mam takie pytanie? – zaczęła Katie.
- Tak?
- Dlaczego to tylko James pyta?
- Dobre pytanie – usmiechnął się Stark – Zmusił nas, byśmy mu pozwolili, a że to jedyny idiota, który zabiera ze sobą na święta sebum prawdy, to się zgodziliśmy – wyjaśnił.
- Też was kocham – odrzekł rudy.

Albus na moment wyłączył się z rozmowy. Wcale nie obchodziły go miłosne uniesienia jego kuzynek. Mogły się kochać we wszystkich debilach, jakich miał zaszczyt gościć ten świat, a on nawet palcem nie kiwnie. Chyba w zupełności wystarczy, jeśli pojawi się na ślubie. Może. Będzie musiał tę sprawę jeszcze przemyśleć…
Jego zdaniem to było okropne, że chłopaki w tak brutalny sposób wyciągali prawdę z dziewczyn. Jedyny plus całej sytuacji był chyba taki, że James zrobił eliksir tak, żeby starczyło mu tylko na jedno pytanie.

Katie, ku zniesmaczeniu braci, oznajmiła, że jest biseksualna.
- Szkoda – mruknął Hugon – Lesby są zajebiste.
Albus niekoniecznie się z nim zgadzał, według niego osoby homoseksualne nie maję w sobie nic szczególnie fajnego. Po prostu są i już. Poza tym nie podobało mu się to, jak się wyraża najmłodszy członek jego rodziny.
Nagle poczuł, że ktoś ciągnie go za rękaw.
- Tak? – spytał znudzony, widząc, że Hugo aż kipi z podniecenia.
- Słuchaj uważnie, Rose będzie gadała, co one wszystkie widzą w tym całym Malfoy’u, czy jak mu tam.
Rzeczywiście, rudowłosa wydała z siebie głębokie westchnienie i przystąpiła do wyjaśniania.
- Ech, Scorpius, to jest po prostu Scorpius. Mnie on się nie podoba, ale jest taki chamski i męski, a zarazem biedny i delikatny, że po prostu kolana miękną. Boski jest, znaczy, nie według mnie – dodała szybko, zostawiając Albusa, Jamesa i Hugona, gapiących się w jeden punkt w scianie przez trzydzieści sekund z głupkowatymi minami.
- To co? Teraz Lily i idziemy spać? – spytała Charlie, gładząc małą po włosach.
Na dźwięk jej głosu, starszy z Potterów aż podskoczył i pospiesznie pokiwał głową. Po chwili dopiero wróciła mu zdolnosć w miarę logicznego myślenia i zaczał uspokajać młodszą siostrę, która była wyraźnie przerażona.
- Nie bój sie, Lilka, jeśli będziesz mówić prawdę, to nawet nie zaboli.
- Nie będziemy się z ciebie nabijać – dołączył się Albus – Jeśli chcesz, to mogę cały czas trzymać cię za rękę – zaproponował.
- Dź…dzięki – wyjąkała dziewczynka. Wzięła głeboki oddech i zamknęła oczy, czekając aż padnie to złowieszcze pytanie, na które za wszelką cenę nie chciała udzielić odpowiedzi.
- Co czujesz do Jacka Morrisa? – spytał spokojnym, opanowanym tonem James.
Al poczuł, jak dziesięciolatka coraz mocniej ściska jego dłoń.
- Spokojnie, Lily. Mów i będzie po sprawie – próbował ją uspokoić.
- Dobrze – szepnęła dziewczynka – A więc Jack, on jest bardzo fajny i miły, ale dużo przeklina i…i…
- Konkretów, Lilka – poprosił rudy.
- Ok, to on jest nawet ładny – Albus musiał mocno pilnować sie, żeby nie prychnąć śmiechem. Jack ładny? Nie, o to go nigdy nie podejrzewał – I ma takie oryginalne oczy – dadała, a brunet zrozumiał już, o co jej chodziło.
Tak, Morris miał rzadko spotykaną urodę, a jego oczy naprawdę były niezwykłe. Niebieskie, ale tak jasne, że prawie białe. Ogólnie, chłopak był bardzo blady (po półrocznym pobycie w Hogwarcie jego cera nie była już koloru pergaminu) i miał jasne włosy.
- No i on…no…no wiecie… – Albus miał wrażenie, że siostra zaraz wyciśnie mu soki z tej ręki, tak bardzo była zestresowana – Chyba mi sie podoba – zakończyła ledwie słyszalnym szeptem.
James jednak doskonale to usłyszał i powiedział dosć głośno, ale tak, by nie obudzić dorosłych.
- Ale jaja! Lily, chyba nie mówisz serio?
W jednej chwili oczy dziewczynki napełniły się łzami, ale chyba nikt (oprócz Albusa) tego nie zauważył. Chłopak wstał i trzymając siostrę za rękę, zaprowadził ją do sypialni.

- No, już, Lily, uspokój się. Wiedziałem, że to nie jest dobry pomysł. Powinnismy bić się z Alastorą, Billie i  Charlie, a nie wciągać w to całą resztę – obwiniał się.
Młoda Potterówna łkała, zakrywając twarz włosami bliżej niezindentyfikowanego koloru. Były one ruda, ale w gruncie rzeczy widniało na nich parę czarnych pasemek1.  Al pomyślał, że kiedy pójdzie już do szkoły, będzie uważana za jedną z najpiekniejszych dziewczyn do niej uczęszczających.
- A…ale nie powiesz mu? – spytała między pojedynczymi chlipnięciami.
- Oczywiście, że nie – zapewnił ją brat – Rose też.
- A James? – zamartwiała się dziesięciolatka.
- Zaszantarzujemy go – uśmiechnął się brunet – Ale myślę, że nie będzie to potzrebne – Lily spojrzała na niego z niedowierzaniem – Wszystko zostanie w rodzinie – powiedział szybko – Aż takim chamem to on nie jest.
- Jeszcze w sierpniu nie powiedziałbyś czegoś takiego – przypomniała mu siostra – Gorzej, jeszcze byś mnie wyśmiał, gdybym osmieliła się o czymś takim wspomnieć.
- Tak, to prawda – przyznał – James jest aroganckim chamem, ale to w końcu mój brat. Jeszcze nie rzucił na mnie żadnego uroku, a uwierz mi, miał już ku temu wiele okazji – usmiechnął się brunet – I jak? – spytał po chwili – Już lepiej?
- Tak – powiedziała Lily, ale wyraz jej oczu zdradzał cos zupełnie odwrotnego.
- No, już, popłacz sobie jeszcze – zezwolił – W końcu nic złego nie zrobiłaś. Jack jest o wiele fajniejszy od jakiegoś tam Kevina, Aarona, Asha, czy Malfoy’a. Na wszelki wypadek dałem mu już nawet pozwolenie – mrugnał do niej porozumiewawczo.
- Al, czy on cos ci powiedział? – spytała z nadzieją w głosie, dziesięciolatka.
- Yyy..nie – przyznał chłopiec – Ale to widać gołym okiem – dodał, żeby znowu się  nie rozkleiła – Nie płacz, wszystko będzie dobrze – pogładził ja po włosach – Idź już spać, bo jutro trzeba będzie pomóc babci w gotowaniu – przypomniał jej, kładąc ją delikatnie na śpiworze.
- Nie chce mi się spać – oznajmiła dziewczynka.
- Idź – nalegał brat – Widzę, że jesteś już zmęczona.
- Ale je się boję, że on sie dowie, że… no wiesz… – przyznała Lily, czując, że znowu zbiera jej się na płacz.
- I co z tego, że może się kiedyś dowiedzieć? – nie zrozumiał Albus – Z tego, co wiem, to nie ma jeszcze dziewczyny. Poza tym – schylił się tak, by dobrze widzieć jej brązowe, zapłakane oczy – Nikt, poza tobą, nie ma prawa mieszać się w twoje uczucia. Możesz robić, co ci się podoba, myśleć o czym chcesz i nawet jeśli ktoś się o tym dowie, to powinien umieć to uszanować, ty nie jesteś niczemu winna.
Rudowłosa pokiwała z uwagą głową.
- A teraz, branoc. Śpij dobrze – pożegnał się.
- Branoc, Al – odpowiedziała dziewczynka i zasnęła, zanim jeszcze jej brat zdążył wyjść z pokoju.

Albus otworzył drzwi na strych i wszedł tam zdecydowanym krokiem.
- Uspokoiła się? – spytał od razy Stark.
- Tak jakby – przyznał.
- To fajnie – ucieszyła się Billie – My już idziemy – zdecydowała za wszystkie dziewczyny – Branoc.
- Branoc! – odrzekli chłopcy, patrząc jak siostry kolejno opuszczają ich lokum.
Zapadła krępująca cisza. Al postanowił wykorzystać ten moment, aby wślizgnąć się do swojego śpiwora umiejscowionego obok posłania Jamesa.
- O co jej poszło? – spytał po chwili prawnuczek willi, mając na myśli wybuch najmłodszej ze swoich kuzynek.
- Ona bardzo nie chciała, żeby ktokolwiek sie dowiedział – wyjaśnił cicho jej brat posiadający ciemne włosy.
- Zawsze taka jest? – zdziwił się Darius, który też miał młodszą siostrę, Katie – Jak wy z nią wytrzymujecie?
- Jest bardzo delikatna – powiedział Teddy, przewracając sie na drugi bok w swoim śpiworze.
- Nom – przytaknał Hugon – Mówię wam, Rose tez tak zawsze, ale jeszcze bardziej się drze, bo jak nie piszczy, to beczy i obraża się ciągle z byle powodu . Nawet, kiedy jej mówię, żeby się trochę podsunęła, to od razu focha strzela. Masakra z nią – poinformował kuzynów Hugo, siedząc na swoim posłaniu. Zawsze, kiedy o czyms opowiadał, to siedział.
- Ciebie nikt, mały o zdanie nie pytał – warknął wrogo rudowłosy dwunastoipółlatek.
- Wyluzuj, James – próbował uspokioć go Ted – Jak chce, to niech gada.
Chłopak sie na chwilę obraził, ale potem wyskoczył z nowym pomysłem:
- Wiecie, ona nawet pasuje do tego Jacka – uśmiechnął się – Oboje tacy mali i słodcy.
- Nie wygłupiaj się  – poprosił go Al – Jack wcale nie jest słodki.
- Niech ci będzie – przyznał brat – Ale ma blond włosy i niebieskie oczka.
- Tak, a zachowuje się jak… jak… — brunet szukał odpowiedniego określenia – No, tego nie da się opisać – poddał się.
- Przeklina trochę chłopak i ucieka z lekcji – wyjaśnił James, widząc pytające spojrzenia Weasley’ów i Lupina – Ale przynajmniej umie się bronić, nie daje sobie w kaszę dmuchać.
- Aha, i ja mam uwierzyć, że nasz grzeczny Albusik zadaje się z takim typkiem? – roześmiał się Darius, który nadal był jeszcze nastawiony do niego na „anty”.
- Tak, nie masz wyjścia, bo to mój przyjaciel – wciął się brunet.
- Dobra, niech ci będzie – wzruszył ramionami syn Charlie’ego.
Taddy spojrzał na swój zegarek i rzekł ze smutkiem:
- Chłopaki, nie chcę was martwić, ale jest już pięć po czwartej, a babcia kazała nam jutro (a właściwie, to już dzisiaj) odgnomić ogródek, poroznosic stoły i „ogarnąć jakoś ten burdel”.
- Ok, Teddy, skoro chcesz już spać…
- Nie, James, ja nie chcę, ale Hugo już ledwo się trzyma.
Wszyscy spojrzeli w stronę młodego Weasley’a.
- Co? Jak? Gdzie? – wydał z siebie serię pytań, kołysząc się nerwowo na boki, żeby tylko nie zasnąć.
- Ok, branoc – powiedział niechętnie starszy z Potterów i położył się.
- Branoc – odpowiedzieli Albus, Darius i Strak i zrobili to samo.
- Dobranoc, chłopaki – pożegnał się najstarszy z nich, Teddy.
Dziewiętnastoipółlatek jako jedyny z obecnych uzywał tej dłuzszej formy życzenia sobie dobrej nocy. „Branoc” było niejakim pozdrowieniem należących tylko i wyłącznie do Weasley’ów, a on formalnie do nich nie należał. Był jedynym synem Nimfadory Tonks i Remusa Lupina, którzy zginęli razem w Drugiej Wielkiej Bitwie o Hogwart osierocając przy tym niespełna rocznego Teda, którego ojcem chrzestnym został Harry Potter. Gdyby nie on, to chłopak nigdy nie poznałby, co to znaczy zyć w rodzinie. Jego babcia zmarła, kiedy miał szesnaście lat i Wybraniec wtedy kupił mu nowy dom znajdujący się bliżej jego wlasnego, żeby mieć nieletniego na oku. Pozwalał mu na samodzielność, ale na swięta zawsze kazał przyjeżdżać do Nory, żeby tam uczył się kontaktów typowo rodzinnych, których przecież – zdaniem Harry’ego – tak mu brakowało.
——————————————————————————————————————
1- Wiem, że taki kolor włosów naturalnie nie występuje, a przynajmniej ja nie znam osoby, która by taki miała, ale w końcu Lily to czarodziejka i ma prawo mieć takie włosy ;p

——————————————————————————————————–

 Życzę Wam wszystkim wesołych Świąt, a tę notkę dedykuję w szczególności Draconce? Dlaczego? Proste, jest w niej coś o Scorpiusie ;p

 Dziękuję też za te wszystkie wejścia i komentarze. Naprawdę miło mnie zaskakujecie XD

51 „Zgadzają się?”

- Dzień dobry, dzień dobry! – pani Weasley przywitała rodzinę Potterów, która właśnie przybyła do jej domu – Chodźcie tu do kominka, nie, nikt nie przybędzie w tym roku przez Fiuu, o to się nie martwcie. Zaraz zaparzę wam przepysznej herbatki – szczebiotała uwijając się wokół czarodziejów – Pewnie zimno na dworze, nie? Ja już nie wychodzę od paru dni.
- Moim zdaniem całkiem znośnie – powiedział James siadając na kanapie obok brata i zdejmując jednym ruchem skórzaną kurtkę.
- James, jak ty urosłeś! – wykrzyknęła Molly, widząc go wyprostowanego – Doprawdy, zaraz przerośniesz swojego tatę!
- Oj, babciu, nie przesadzaj – próbował ją nieco „przystopować” dwunastoipółlatek – Wcale nie jestem taki wysoki, mam tylko metr siedemdziesiąt wzrostu.
- „Tylko”?! – spytała sarkastycznie staruszka – Dziecko, przecież ty masz zaledwie dwanaście lat!
- Nieprawda, w lutym skończę już trzynaście!
- To i tak niedużo. Zobacz, Albus jest od ciebie o głowę niższy – wskazała na brunetka, który zawstydził się trochę, kiedy to zrobiła. Nie lubił porównywania go do Jamesa. Zdawało mu się, że starszy brat zawsze we wszystkim jest od niego lepszy.
- Więcej – oświadczył z dumą – Dokładnie o dwadzieścia jeden centymetrów, ale to się nie liczy, on zawsze był mały – dodał jakby od niechcenia.
- Nie byłabym tego taka pewna. Gdy się urodziłeś miałeś tylko czterdzieści trzy centymetry, podczas, gdy twój braciszek – całe pięćdziesiąt pięć.
- Oj, babciu, babciu, czepiasz się szczegółów – uśmiechnął się rudy.
Do kuchni weszło trzech chłopaków. Jeden z nich miał czarne włosy jeden brązowe, a jeden był blondynem. Widząc nowo przybyłych gości, grzecznie przywitali się.
- Cześć ciociu, cześć wujku, cześć Lily, Albus, siema James!
Najstarszy syn Potterów wstał i podszedł do kuzynów.
- Siema – odpowiedział podając im rękę, jak miał to jeszcze w zwyczaju robić – Nogę z nimi iść? – zwrócił się wpół do rodziców, a wpół do babci.
- Tak – zgodziła się ruda kobieta – Teddy, ty jesteś najrozsądniejszy, pokaż chłopcom ich sypialnię – poprosiła szatyna o miodowych oczach.
- Jasne – uśmiechnął się młody Lupin – Chodź, Al, nie będziesz tu chyba siedział z rodzicami. W tym roku to my mamy najlepszą miejscówkę – pochwalił się z dumą.
Albus wcale nie był taki pewny, czy strych naprawdę jest takim fajnym miejscem. Niby był sporo większy niż inne pomieszczenia, a to było ważne, gdy trzeba było spać tam w sześciu, ale śnieg zawsze przysypywał grubą warstwą wszystkie okna, deski podłogowe nieprzyjemnie skrzypiały, a ghul hałasował sobie w najlepsze, co chłopcu naprawdę się mocno nie podobało. Może i to było nienormalne, ale młodszy z braci Potter niezbyt lubił Norę. Dziwiły go te wszystkie zachwyty rodziców i pozostałych ludzi. Według niego to był po prostu wiecznie zabałaganiony dom jego dziadków. W dzień można jeszcze było wytrzymać, ale w nocy… Miał nadzieję, że teraz, kiedy jako tako pogodził się z Jamesem, chłopaki przestaną straszyć go w nocy.

Kiedy dotarli już do drzwi wiodących na strych, Teddy, jako najstarszy z chłopców, oznajmił:
- Doszedłem do wniosku, że sprawiedliwie będzie, jeśli wejdziemy wszyscy razem i dopiero wtedy zajmiemy sobie miejsca.
- Dobra, ale gdzie jest Hugo?
Po schodach wbiegł drobny chłopaczek. Miał okrągła buzię, brązowe oczka i włoski tego samego koloru. Był niczym nie wyróżniającym się dziewięciolatkiem.
- YO! – przywitał się – Wiecie już, gdzie możemy się kimnąć? – spytał beztroskim, luzackim tonem, podpatrzonym gdzieś u nastoletnich Mogoli.
- Właśnie ustalamy, że wchodzimy razem – poinformował go Albus, który wiedział, że Weasley, podobnie ja on, ucieszy się z tej nowiny. Brunet jako jedyny nastolatek w rodzinie potrafił jeszcze znieść towarzystwo Hugona, który zawsze za wszelką cenę starał się wszystkim udowodnić, jaki to on jest „cool”. W rzeczywistości był jednak tylko po prostu tchórzliwym dziewięciolatkiem z poważnym kompleksem starszej siostry, być może właśnie dlatego Albus go tolerował, po prostu wiedział, co czuje.
Teddy otworzył drzwi i chłopcy rzucili się, żeby zająć sobie dobre miejsca.
- Ja chcę pod oknem! – krzyknął James, rzucając swoją torbą przez cały strych tak, by ta wylądowała dokładnie pod zaśnieżoną szybą.
Albus zmierzał powoli ku przeciwległej ścianie i kąta, w którym rozłożył się Hugo. Chłopakom będzie przynajmniej trudniej ich wystraszyć, a im będzie raźniej.
- Al! – usłyszał za sobą wrzask starszego brata – Chodź tutaj! – wskazał miejsce obok swojego.
Jedenastoipółlatek z lekkim niepokojem przeniósł tam swoje bagaże, był ciekaw, co rudy kombinuje.
- Odbiło ci, czy co? – spytał Darius, syn Charliego Weasley’a.
- Mały jest nawet spoko – oznajmił jakby mimochodem James Syriusz – Zabrałem go nawet ze sobą na nocną przechadzkę po szkole, tylko że wtedy nas przyłapali – przyznał – Przynajmniej dobrze się bawiliśmy – powiedział.
- W dechę – wyrwał się Hugo – Mnie też weźmiecie, nie?
- Nie, bo jesteś za młody – odparł starszy z Potterów wiedząc, że to beznadziejna wymówka, ale nie mogąc nic przecież na to poradzić – Twoje siostra też nie chciała z nami iść.
- Oj, bo Rose to taka nieznośna kujonka – jęknął szatyn nie dając za wygraną – Nawet tutaj zabrała ze sobą podręczniki.
- To mi o czymś przypomniało – stwierdził James.
- Tak? – zainteresował się Teddy – Masz „T” z historii magii i nie zdasz? – próbował odgadnąć, ale rudy stanowczo pokręcił głową.
- Nie, no co ty? Mam „N” – pochwalił się.
- Zleciałeś z miotły, rozpierdzieliłeś se łapę i szukacie nowego szukającego, czyli mnie? – próbował swoich sił Weasley.
- Nie, Hugonie – Potter lubił zwracać się do niego oficjalnym tonem, gdyż wiedział, że to bardzo go drażni – Masz stare wiadomości, wracam już do gry – odczekał cierpliwie chwilę aż do reszty chłopców dotrze to, co powiedział.
- Miałeś rozwaloną rękę? – spytał  Darius.
- Tak – uśmiechnął się dwunastoipółlatek – Zleciałem z wysokości trzydziestu trzech metrów – pochwalił się – Ale już wracam do gry w przyszłym roku, oczywiście, jeśli mi pozwolą, ale nie widzę powodów, dla których mieliby tego nie robić.
- Pokaż – poprosił Stark, a James z dumą podwinął rękaw. Jego ramie było już prawie całe, ale zostało kilka maleńkich blizn.
- Zabiłeś w końcu tego karalucha? – spytał po chwili Albus.
Jego brat zacisnął pięści, starając się za wszelką cenę powstrzymać od rzucenia się na juniora. To przecież nie jego wina, że po prostu NIE MÓGŁ nikogo ani niczego zabić.
- Ee..nie – przyznał – Ale pracuję nad tym.
- Masz pozwolenie na rzucanie Avady? – zdziwił się Teddy.
- Tylko w szkole i do celów edukacyjnych – mruknął James.
- Ale czad! – krzyknął z uciechy Darius – U nas nikomu nie dali.
- Ja też jestem jedyny w szkole – przyznał jedyny rudy chłopak w rodzinie.
- A Al? – zainteresował się Stark – Czy on w ogóle coś potrafi?
James poczuł, że musi bronić brata.
- Jasne, jest świetnym opiekunem zwierząt. Prawie takim jak Hagrid.
Stark, rzecz jasna, nie znał Hagrida osobiście, ale wiele o nim słyszał i naprawdę ta informacja zrobiła na nim duże wrażenie.
Albus zarumienił się lekko.
- Jeszcze ja nie zgadywałem – wtrącił po chwili blondyn – Rzuciła cię kolejna dziewczyna?
- Bardzo śmieszne – mruknął James – Ta, z którą jestem jest zarazem moją pierwszą.
- No to ja nie wiem, o co ci może chodzić – odpowiedział nieco rozdrażniony.
James tylko tajemniczo się uśmiechnął.
- Pamiętasz, Al, tę noc z pierwszego na drugiego września? – spytał młodszego brata.
Chłopak pokiwał głową, wtedy podpisywał razem z nim zamówienia i zaspali potem na lekcje.
- I wtedy umówiłem się z Alastorą na bitwę na poduszki – wyjaśnił.
- Pewnie już nawet nie pamięta – rzekł brunet.
- Tym lepiej dla nas. Zmienimy trochę zasady i wygramy to – ucieszył się – Zagracie z nami? – zwrócił się do chłopaków, którzy ochoczo kiwnęli głowami – Ok, to napiszemy im list – objaśnił i sięgnął po długopis oraz kartkę.
Dziewczyny!
Alastora pamięta pewnie, że dziś w nocy umówiła się na wielką bitwę na poduszki. Powołujemy jednak, żeby zmienić kilka zasad.
Po pierwsze, proponujemy zmiany w składach zespołów. Nie bijemy się juz w gronie Weasley od George’a – Potter, ale chłopcy na dziewczyny, czyli:
Ted Remus, Stark Gabriel, Darius Robert, James Syriusz, Albus Severus, Hugon
na:
Alastora, Billie, Charlie, Katie Anna, Rose i Lily Luna.
Jako, że zwiększamy składy, musimy zmodyfikować też nieco stawkę.
Jaśli wygrają chłopaki (co stanie się na pewno), to:
- Alastora, Billie i Charlie Weasley powiedzą nam, kogo obecnie maja na oku,
- Katie Anna Weasley zdradzi w końcu jakiej jest orientacji (po prostu muszę to wiedzieć – James)
- Rose Weasley wytłumaczy, co takiego jest w tym całym Malfoy’u, że dziewczyny tak za nim latają,
- Lily Luna Potter wyjawi, co czuje do Jacka Morrisa (i tak wiem swoje – Al).
Jeśli jednak wygrają dziewczyny (co na pewno się nigdy nie stanie), to:
- Darius Robert Weasley i Stark Gabriel Weasley pokaża Wam zdjęcia swoich dziewczyn,
- Hugon Weasley opowie o zwyczajach Mugoli (tylko do tego może się przydać – Darius).
- Albus Severus Potter powie, dlaczego nie ma dziewczyny,
- Ted Remus Lupin wyjawi, ile razy się całował (masz szczęście, James, że i tak wygramy – Teddy)
- James Syriusz Potter wyjaśni o co chodzi mu z tą całą Savannah.
Mamy nadzieję, że przyjmiecie podane warunki.
Uściski:
James Syriusz Potter
Albus Severus Potter
Hugon Weasley
Ted Remus Lupin
Darius Robert Weasley
Stark Gabriel Weasley

James pochylił się podniósł z podłogi list, który przywiązał do nóżki swojej ukochanej sówki, Scherza. Otworzył okno w suficie i nagle góra śniegu posypała się przez nie do pomieszczenia, prosto na pierworodnego syna Potterów.
- O nie! Moja torba! – rozpaczał chłopak, chociaż widać było, że nieco przesadza.
- A co ty pedał jesteś, żeby torebki nosić? – zaśmiał się Stark.
- U nas w Hogwarcie wszyscy noszą – wziął brata w obronę, Albus.
- No tak, ale to są takie specjalne, do szkoły. Z własnej woli nikt nie nosi – stwierdził Darius.
- Odwalcie się wreszcie! – wrzasnął James, który bardzo źle znosił, kiedy ktoś się z niego wyśmiewał – Ta torba jest bardzo wygodna, a gejem nie jestem, bo mówiłem wam już przecież, że mam dziewczynę.
- Gadaj, która to? – chciał wiedzieć prawnuczek willi.
- Ładna? – zainteresował się na wpół Bługar.
- Tak, ładna – uśmiechnął się, wyciągając zdjęcie klasowe – Tutaj jest – wskazał palcem średnio wysoką blondynkę o ślicznych, niebieskich oczach.
- No, spoko – przyznał Stark.
- Mhm.
- Ujdzie – mruknął Darius, który nigdy nie patrzył na serce, czy osobowość, a tylko na wygląd.
- W dechę! – przyznał Hugo, a James zgromił go wzrokiem. Przecież nikt nie pytał tego smarkacza o zdanie.
Na szczęście dla niego, nagle coś zapukało w okno. To był Scherz z listem odpowiadającym od dziewczyn.
- I co? Zgadzają się?
- Tak, będą tu o północy.

 

 

Jak widzicie, teraz będę pisała do Was na końcu. Ta notka niezbyt mi się podoba, ale nic… Niech już taka zostanie. Niebawem możecie spodziewać się nowego wyglądu bloga, ale nie jestem w stanie powiedzieć Wam kiedy ;***

50 „Och, cóż za spotkanie”

Tę notkę dedykuję Draconce, która chciała Scorpiusa, więc dzisiaj go już ma ;p

Tak na marginesie, to nawet podoba mi się ta notka ;)

Express Hogwart – Londyn jak zawsze był pełen uczniów, ale nie przepełniony, jak na początku, czy na końcu roku, kiedy wszyscy młodzi czarodzieje w nim przebywali. Po prostu pełen uczniów wracających we wspaniałych humorach do domów, by spędzić magiczne święta wśród swoich rodzin.
Z jednego z przedziałów dobiegały nadzwyczaj głośne rozmowy przerywane raz po raz salwami niepohamowanego śmiechu.
- Znowu wygrałem! – krzyknął wysoki, rudy chłopak uśmiechając się z satysfakcją.
- James, ty zawsze oszukujesz! – stwierdził brunet, który był od niego dużo niższy i w gruncie rzeczy trochę bardziej dziecinny. Jedynie oczy zdradzały, że chłopcy są braćmi.
- Nie oszukuję, prawda, Matt? – bronił się Gryfon.
- Taaa – mruknął bez przekonania szatyn – Po prostu masz dużo szczęścia.
Chłopak ten także był dosyć wysoki i miał piwne oczy.
- Rose, nie patrz się tak na mnie, przecież to Matt przegrywa, nie ty.
Rudowłosa dziewczynka wzruszyła tylko ramionami.
- Nie o to mi chodzi. Zresztą, nieważne…
- No powiedz, powiedz. Przecież jestem twoim ukochanym kuzynem – nalegał James.
- Nie, nie musisz o tym wiedzieć. Starczy, że wiem o tym ja i Camille. I lepiej, żeby już tak zostało – odpowiedziała, ale widać było, że była wyraźnie przygnębiona.
- Camille? – rudy chłopak zwrócił się do ciemnoskórej brunetki o brązowych oczach otoczonych gęstą firanką długich, ciemnych rzęs – Wiesz, że cię bardzo lubię…
- Oczywiście – uśmiechnęła się dziewczynka – Ale i tak nic ci nie powiem, bo to naprawdę nie zależy ode mnie.
Na chwilę zapadło krępujące milczenie, które postanowił przerwać Matt.
- Gramy jeszcze raz?
- Ok, ale tym razem ja tasuję – szybko zgłosił się Albus.
- Spoko, ja rozdam karty – zdecydował szatyn.
- Hm… Nie wiem, czy to jest dobry pomysł – zastanowił się James – Może byśmy teraz trochę pogadali.
- Niech ci będzie – westchnęła Rose, która domyślała się już w co gra jej kuzyn – O czym? – spytała prosto z mostu, żeby nieco zbić go z tropu.
Ten jednak chyba spodziewał się tego zapytania i odpowiedział całkiem opanowanym tonem.
- O Malfoy’u.
- Nie chcę mi się – stwierdził Albus – Nie cierpię go – dodał jakby na swoje usprawiedliwienie.
- Ja też – przyznała całkiem neutralnym tonem Camille.
- A widzieliście, jak ostatnio pobił Sorpiusa – wtrąciła Rose.
Wszyscy zgromadzeni spojrzeli na nią jak na kosmitkę, a James zapiał z radości w duchu „Yes! W końcu się sypnęła!!!”.
- Nienawidzę wszystkich Malfoyów i prawdę mówiąc, wcale nie obchodzi mnie to, co robią - oznajmił buntowniczo Al.
- Ja też za nim  nie przepadam, ale to już robi się podejrzane. Zresztą, nie jest głupi, przestał celować w twarz – oznajmiła panna Mortalake.
Młodszy Potter poczuł, że się rumieni. Nie spodziewał się, ze nienawiść do Scorpiusa Malfoy’a zostanie któregoś dnia źle odebrana przez Gryfonów.
- A skąd wy to wiecie? – spytał James.
- My…yyy…podkradłyśmy się za nimi któregoś razu i zobaczyłyśmy to przez uchylone drzwi do gabinetu Lucjusza – wyjaśniła nieśmiało panna Weasley.
- Rose! I to ty coś takiego zrobiłaś?! – Albus był autentycznie zaskoczony – Czy to nie ty przypadkiem znasz cały regulamin szkoły na pamięć i wypominasz wszystkim dookoła każdy złamany punkt?
Dziewczynka spłonęła szkarłatnym rumieńcem i wpatrywała się ze wstydem w podłogę. Camille też wydawała się zawstydzona, ale zdobyła się na odwagę, by spojrzeć reszcie w oczy.
- Ej, ja nie mówię, że to źle – uśmiechnął się James – Jak tam było? Mocno się darł?
- To było okropne – powiedziała brunetka – Lucjusz zaciągnął go do swojego gabinetu i zaczął na niego krzyczeć.
- Za co? – zainteresował się Matt, który nigdy nie mieszał się w żadne konflikty, ale wyraźnie postanowił zmienić ten zwyczaj.
- Coś podobnego do cioci Ginny, nie obraźcie się – uśmiechnęła się blado Rose – Że zniesławił ród Malfoy’ów poprzez zadawanie się ze mną.
- A co on takiego zrobił? – zdziwił się Al – Zaprosił cię na randkę?
- Nie bądź głupi – skarciła go ruda – Przecież jestem córką szlamy i zdrajcy krwi – zamilkła na chwilę, ale potem kontynuowała opowieść – Szłam sobie wtedy spokojnie korytarzem i nagle przed salą do obrony przed czarną magię rozsypały mi się książki.
- Nic dziwnego, skoro nosisz ich po dwadzieścia – zaśmiał się gorzko James.
- Zamknij się.
- Potem jej pióro potoczyło się wprost pod nogi Scorpiusa – dodała Camille.
- I on je podniósł, bo mu przeszkadzało, i spytał, czyje to, więc ja powiedziałam, że moje.
- Malfoy podszedł wtedy bliżej i podał jej je – zakończyła panna Mortalake.
- Raczej rzucił nim we mnie – sprostowała Rose.
- To było coś takiego pomiędzy rzuceniem a podaniem. Ważne, że nie wyrzucił tego pióra do śmieci.
- Bo było strasznie drogie – wyjaśniła ruda – Miałby spore kłopoty. To był wyjątkowo rzadki egzemplarz.
- Mógł cię trochę pozwymyślać – podsunęła Diana, siedząca do tej pory zupełnie cicho.
- Ok, ale co dalej z tym Lucjuszem? – chciał wiedzieć James.
- Darł się na niego i…i…bił go – zakończyła konspiracyjnym szeptem Weasleyówna.
- Tak normalnie, jak Mugol? – nie dowierzał młodszy z Potterów.
- Tak, i to właśnie nas zdziwiło – poinformowała go ciemnoskóra brunetka.
- No co ty? – spytał Light – Przecież to logiczne, że nie chciał po prostu być podejrzany.
- Właśnie – przytaknęła Spearsówna – W końcu on z całego serca nienawidzi Mugoli, więc to chyba normalne, że nie używa ich sposobów.
Pozostałe dziewczyny pokiwały z uwagą głowami. Że też wcześniej na to nie wpadły!
Nagle drzwi do przedziału otworzyły się i wszedł przez nie pewien blond Ślizgon.
- Och, cóż za spotkanie – uśmiechnął się parszywie – Tylu szlam na raz, to ja nigdy w życiu nie widziałem.
- Zamknij się, Malfoy – warknął ostrzegawczo Albus.
- Nie, wolę tu zostać i pooglądać sobie was. Będę miał co opowiadać kumplom – mówiąc to, przeniósł wzrok na Matta – Light – wypowiedział jego nazwisko z wyraźnym wstrętem, jakby nie mogło przejść mu przez gardło – Największa szlama świata. Pewnie twoja mamuśka do dziś nie może się pogodzić z myślą, że czarodzieje nie wyciągają królików z kapeluszy.
Szatyn nie zareagował na jego zaczepki, instynktownie tylko przytrzymał Jamesa, by powstrzymać go przed ewentualnym rzuceniem się na agresora.
- Spears – przeszedł dalej blondyn – Półkrew – określił ją jednym słowem – Wszystkie niemalże cechy wyglądu odziedziczone po matce, Mugolce. Tylko naiwna jak ojciec – westchnął.
Blondynka także przysunęła się nieco do Pottera.
- O taaak – rzekł Scorpius widząc jej gest – Wspaniały James Syriusz Potter, złote dziecko, ze wszystkiego „W”, wnuk szlamy i zdrajców krwi, czysty tylko w trzech czwartych… Na pewno odrzuci kiedyś swoje wielkie ego i cię obroni… Łudź się, głupia dziewczyno.
- Moje poczucie własnej wartości jest nie większe od twojego – warknął rudy, gdyż nie mógł zrobić nic więcej.
- Taaaa… I twoje, Potter numer dwa też, nie?
Albus zrozumiał, ze to o niego chodzi.
- Nie jestem Potter numer dwa – bronił się – Mam na imię Albus.
- I jesteś drugim, tym bardziej beznadziejnym dzieckiem. Po prostu brak słów – pokręcił z politowaniem głową – No, ale cóż… Jest jeszcze Weasley – zbliżył się do rudej dziewczyny i pociągnął ją lekko za włosy.
- Łapy przy sobie.
- Hm… Muszę przyznać, że wyjątkowo udała się tym swoim plugawym rodzicom. Nie, no nawet, nawet…
- Słyszałeś, co powiedziała – wcięła się Camille – Zostaw ją w spokoju.
- A coś ty taka zadziorna, Mortalake? Zazdrosna?  nie martw się, starczy mnie dla wszystkich. Jesteś czystej krwi, więc masz pierwszeństwo. Jeśli nie znajdę ładniejszej, to – zrobił krótką pauzę, po czym się uśmiechnął i skończył – Czekaj na mnie.
- Po moim trupie! – oburzyła się dziewczyna.
Malfoy tylko kiwnął z politowaniem głową i zapytał.
- A gdzie ten wasz pseudoczarodziejski  koleżka? Morris, czy jak mu tam??? W porównaniu z nim, to nawet nasz stary, poczciwy Hagrid jest Merlinem – zachichotał ze swojego dowcipu – Żegnam państwa, za chwilę wysiadamy. Miło się was oglądało – rzekł – Niewesołych Świąt!
Wychodząc, niechcący otłukł się o framugę drzwi ramieniem. Musiało go mocno zaboleć, bo aż jęknął.
- Widzieliście? – spytał po chwili James.
- No, coś w tym jest.
- Chyba nie myśleliście, że was okłamałyśmy? – zdenerwowała się Camille, podając przyjaciółce nawilżaną chusteczkę, żeby ta mogła wytrzeć tę części jej ciała, które dotknął jej wróg.
- Chłoszczyść – mruknął znudzony Potter – Nie musisz dziękować.
Kuzynka popatrzyła na niego z wdzięcznoscią i po chwili rzekła:
- Jesteśmy już na miejscu.
Rzeczywiście, pociąg zatrzymał się i uczniowie zaczęli pospiesznie z niego wychodzić.
Najwyższy z uczniów zdjął swój kufer, a po chwili także ten należący do jego dziewczyny.
- Dzięki – zarumieniła się blondynka.
Chłopak usmiechnął się do niej po gwiazdorsku i pomógł także innym dziewczynom znajdujacym się w przedziale.
- Lećcie już – powiedział – Ja jeszcze zostanę tu chwilę z Dianą.
- Spoko – zgodzili się wszyscy, którzy nie mieli ochoty przyglądać się czułemu pożegnaniu pary.

Po kilku minutach zakochani przyłączyli się do reszty.
- No, to wesołych świąt – życzył Matt i przepuścił Camille przodem – Idziesz pierwsza.
Brunetka przebiegła przez barierkę wesoło machając przyjaciołom na pozegnanie.
- Rose, teraz my – powiedziała po chwili Diana i razem z rudowłosą Gryfonką przebiegła przez barierkę dzielącą świat czarodziejów i świat Mugoli.
Bracia zostali sami.
- Idziemy, Al – zarzadził James i chłopcy zgodnie pokonali ten odcinek drogi.

- Al! James! Ale wyrośliscie! – usłyszeli na powitanie od mamy, która od razu zaczęła mocno przytulać i calować synów.
- Nie w miejscu publicznym, mamo – sprzeciwił się starszy z synów.
- Pogadamy w domu, młody człowieku – warknęła ruda kobieta, nie przestając  go ściskać.
- Ok, ok. Siema, tato – rzekł dwunastoipółlatek, kiedy tylko udało mu się wyswobodzić z objęć swojej rodzicielki.
- Cześć, chłopaki – Harry uścisnął rękę każdego z synów.
Została już tylko Lily.
- JJJJJJJJJJJJAAAAAAAAMMMMMMMMMMMEEEEEESSSSSSSSSS!!!!!!!!!!!!!! AAAAAAAAAALLLLLLLLLLL!!!!!!!!!!!! – wrzasnęła tak głośno, że usłyszeli ją pewnie i uczniowie, którzy zostali na święta w szkole, i rzuciła sie braciom na szyje.
- Żłaź, Lilka, dobra? Ciężka jesteś – rzekli na raz chłopcy.
- Tez was kocham – zadeklarowała pogodnie dziewczynka – Dlaczego się już nie kłócicie? – spytała.
- Nie twoja sprawa – odburknął James.
- No poooowieeedz, czemu już mu nie dokuczasz???? – próbowała wyciągnąć z rudego informacje.
- A kto ci powiedział, że nie? – zaśmiał się – Po prostu na razie jest mi potrzebny – mrugnął porozumiewawczo do bruneta, a ten odpowiedział mu tym samym i dał mu delikatnego kuksańca w ramię.
- Albusie! – skarciła go matka – Przecież James jest chory!
- Chodźmy już do samochodu, jest zimno, błagam – poprosił Harry i – nie czekając na odpowiedź ruszył – w stronę auta.